Wsiadam na rower i enty raz ruszam w stronę Kurzętnika na poszukiwania osobliwości i atrakcji nieoczywistych. To już nawet nie jest „slow travel”, to zwiedzanie w tempie żółwia. A może nawet ślimaka.

Mój świat ostatnio skurczył się jak kaszmirowy sweterek uprany na 90 stopni. Od tygodni nie ruszam się dalej niż kilkanaście kilometrów od domu. Plany na jesień poszły się paść, a od odleżyn na tyłku i kota w głowie ratuje mnie przydomowa mikroturystyka: rower i stare dobre krajoznawstwo. Jestem dość monotematyczna, bo ciągle wybieram tę samą trasą, a mimo to każde wyjście na rower jest trochę inne.

Bo jeśli ta przeklęta pandemia ma jakieś plusy, to jest nim pretekst do dogłębnych eksploracji okolicy. Najpierw na mapach, a potem w terenie sprawdzam dokąd prowadzą tajemnicze dróżki, szukam śladów przeszłości, rozglądam się za wdzięcznymi dla oka krajobrazami. Opowiem Wam o moich odkryciach, zdumieniach i zachwytach z przejażdżek rowerowych po Kurzętniku i okolicy. To zachodni kraniec województwa warmińsko-mazurskiego, trochę już opisany na blogu.

Nielbark most na Drwęcy

O linii kolejowej, która została drogą dla rowerów

Wszystkie wyjścia na rower zaczynam tak samo: pod wiaduktem kolejowym w Nowym Mieście Lubawskim. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych codziennie toczył się nim nocny pośpiech Łódź Kaliska – Gdynia, ale wkrótce było po ptakach. Ostatni osobowy z Iławy do Brodnicy przejechał tędy 2 kwietnia 2000 roku. Nazajutrz trasę zawieszono, jak się okazało na amen. Zabrakło dwóch lat by kolej w Nowym Mieście świętowała setną rocznicę.

Tory rozebrano do ostatniego kawałka tłucznia, ale w krajobrazie zostało trochę kolejowych pamiątek. Z drobnicy semafory kształtowy i świetlny. Ze spraw poważniejszych: dworce (większość z czerwonej cegły, a najładniejszy w Bratianie), przedziwna wieża ciśnień w formie murowanego domku na szczycie wzgórza (niestety w stanie daleko posuniętego rozkładu) i garstka obiektów inżynieryjnych. Nic na miarę wiaduktu w Glaznotach, ale i tutejsze przepusty z kamienia polnego i czerwonej cegły mają swój urok. Zostawione na pastwę przyrody wciąż trzymają się krzepko. Wyglądają jak przejście do innej bajki.

Przepust pod nieczynną linią kolejową nr 251 Iława Główna - Tama Brodzika. Okolice Kurzętnika

Częścią nasypu poprowadzono drogę rowerową i to jest jedyny miły efekt tej całej akcji-likwidacji. Ba, temat jest rozwojowy, zostało jeszcze sporo nasypu do wyłożenia asfaltem. Póki co trasa ma koło piętnastu kilometrów, a spod wiaduktu w Nowym Mieście można jechać w lewo lub prawo. Ta druga opcja wyprowadza w stronę Bratiana i dalej w podmokłe łąki i pola, po to by znienacka urwać się w miejscu o nazwie Bagno Szaleniec, które jest wybudowaniem wsi Radomno. Kiedyś przygranicznej (do 1939 roku w lesie kawałek dalej była granica polsko-pruska), dziś po prostu ładnie położonej, na wysokim brzegu jeziora o tej samej nazwie.

Ale można też w przeciwnym kierunku. Do Kurzętnika. Droga rowerowa krótko trawersuje zdziczały park miejski, a potem opada do doliny Drwęcy. I już jej nie opuszcza.

Rzeka Drwęca – rezerwat wężokształtny

Przede mną najładniejszy fragment trasy. Wrażenia widokowe rekompensują niewygody jazdy ścieżką z betonowej kostki. Drwęca wywija tu i kluczy w głębokiej jak na nizinną Polskę niecce. Brzegi są dzikie i zielone, a pagórki momentami wyrastają siedemdziesiąt metrów ponad lustro wody. Zimą zjeżdża się z nich na nartach.

Drwęca na całej długości – od źródła u podnóża Wzgórz Dylewskich po ujście do Wisły koło Torunia – jest rezerwatem. Wężokształtnym, bo do dwustu kilometrów rzeki dorzucono pięciometrowe marginesy na brzegach. Chroni się tu siedliska ryb na czele z pstrągiem potokowym, trocią wiślaną czy łososiem atlantyckim, który z polskich wód właściwie zniknął, a w Drwęcy pracuje się nad jego powrotem.

Dolina Drwęcy we wsi Kurzętnik

Z bardziej ekstrawaganckich mieszkańców biotopu: minóg rzeczny. To przypominająca węgorza pierwotna ryba z paskudnym pyskiem – zębatą przyssawkę (jak wygląda można zobaczyć tu, ale proszę potem nie mieć do mnie pretensji jeśli minóg będzie prześladował was we snach). Minogi to szalenie ciekawe zwierzątka, które w słodkiej wodzie zamulają (dosłownie! zagrzebane w mule mogą spędzić lata), a w morskiej zmieniają się w wampiry. Wgryzają się w jakiegoś dorsza czy innego śledzia i tak popijając krewkę pływają na nim godziny a nawet dni.

Ze stworzeń bardziej sympatycznych Drwęcę zamieszkują też bobry, których śmiałe poczynania w okolicy Kurzętnika można zobaczyć gołym okiem.

Kurzętnik 1410 – historia alternatywna

„Witajcie w Kurzętniku – wsi, którą ominęła wielka historia” – taki witacz mógłby pozdrawiać na wjeździe. Bo niewiele brakowało, by jedna z największych bitew średniowiecznej Europy rozegrała się właśnie tu a nie na polu pod Grunwaldem. Inna sprawa, że jej bieg mógłby nie potoczyć się na korzyść Polski. Latem 1410 roku wojska polsko-litewskie podeszły pod Kurzętnik by przeprawić się brodem na Drwęcy, a w tym czasie na drugim brzegu armia krzyżacka szykowała im gorące przywitanie. Ale król w porę rozpoznał fortel zakonników i zarządził odwrót, by obejść źródła rzeki.

[AKTUALIZACJA: dwa dni po publikacji zauważyłam, że przy głównej drodze stoi baner witający hasłem „Kurzętnik- niedoszły Grunwald” ^^]

Stary Kurzętnik. Zabytkowy kościół

Na szczęście nie muszę być jak Jagiełło i korzystać z brodu. Do średniowiecznej części Kurzętnika wjeżdżam mostem, który ma nawet pas dla rowerów (szkoda że tylko po jednej stronie). Podkręcam tempo by czym prędzej uciec przed gryzącym w nos dymem z kominów. Przecinam rynek, mijam gotycki kościół i prawie niewidoczną z dołu ruinę zamku biskupów chełmińskich (XIII wiek!). Zamek wybudowano w miejscu staropruskiego świętego gaju, co niespotykane – z polnych kamieni. Myślę, że zimą solidnie się w nim marzło.

Zwalniam dopiero gdy znów widać rzekę, a coraz rzadsze zabudowania ustępują łąkom i polom. Wkrótce wjeżdżam na wyłożoną kostką drogę dla rowerów. Za chwilę będzie najlepszy widok na meandry Drwęcy. Prawie jak z wieży widokowej.

rzeka Drwęca we wsi Kurzętnik

Ave zlodowacenie północnopolskie

A potem znów trafiam do cywilizacji. Na horyzoncie najpierw pojawia się reklama wylęgarni drobiu, potem żłobek (Pisklandia) i przedszkole (Kogucik), a za nim osiedle typu „spokojna okolica i tylko trzy kilometry do sklepu”. Przestrzeń między placówką a blokami wypełnia coś co może być i placem budowy i kopalnią piasku, a może jednym i drugim na raz. Kto wie.

Geomorfologicznych niespodzianek jest więcej. Hamuję na widok hałdy głazów narzutowych. Niektóre są tak duże, że mogłyby awansować na pomniki przyrody. Drugi raz hamuję przy górze piachu wielkości Kopca Kościuszki, trzeci przy wydrążonej wydmie (morenie?).

Kurzętnik głazy narzutowe
Kurzętnik żwirownia

Akurat piachu i kamieni w dolinie Drwęcy nie brakowało nigdy. To spadek po lądolodzie, który przywlókł je ze Skandynawii. Przemeblował też krajobraz. Pagórkowate nierówności, z których tak miło się zjeżdża i niemiło pod nie pedałuje to jego dziedzictwo.

Natomiast nie jest nim Jezioro Nielbark, nad które teraz się kieruje, choć i do jego powstania poniekąd przyczyniło się zlodowacenie. Wygląda jakby było tu zawsze, tymczasem jest młodsze ode mnie. To zalane wyrobisko kopalni żwiru. Pamiętam, że w latach dziewięćdziesiątych było częściowo pod wodą, ale wtedy to była taka większa sadzawka a nie ciągnący się kilometr akwen z wysepkami. Jedną i zawsze tę samą upodobały sobie mewy śmieszki, które co wiosnę spędzają tu okres lęgowy.

Jezioro Nielbark atrakcje okolic Kurzętnika

Kopalnię żwiru w Nielbarku (podobno) zamknięto w latach siedemdziesiątych i dziś trudno dowiedzieć się o niej czegoś pewnego. Bo o ile możliwe jest, że tutejszego urobku używano do odbudowy Warszawy, o tyle historyjka o planach eksportu do japońskich fabryk części elektronicznych brzmi mało prawdopodobnie.

Nieczynna kopalnia żwiru Nielbark

Ze żwirownią związane jest jeszcze jedno tajemnicze miejsce, ale to za chwilę. Na razie znów przekraczam Drwęcę, mijam starorzecze i jestem w Kałudze.

Rumunki i Holendry

Jeśli policzyć też psie budy i zabudowania gospodarcze lista budynków w Kałudze może wydłuży się do dziesięciu, ale na serio liczą się tylko dwa: leśniczówka i nieczynny dworzec kolejowy. Osobliwości osadzie dodaje fakt, że przy ex-stacji samopas łażą kozy. Są raczej przyjaznego usposobienia, ale kto je tam wie. Poza tym wokół tylko las.

dworzec kolejowy Kaługa koło Kurzętnika
Kaługa koło Kurzętnika

A nie przepraszam, jest jeszcze skrzyżowanie. Bez znaczenia czy skręcę w prawo czy lewo dojadę do Lipowca. Jak? A tak, że są dwie wsie o tej nazwie. Dzieli je niecałe osiem kilometrów, ale administracyjnie to dwie różne bajki. Lipowiec bardziej na południe leży w kujawsko-pomorskim, północny w warmińsko-mazurskim. Jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych ten pierwszy miał dodatek w nazwie ułatwiający rozróżnienie. Wieś nazywała się Lipowiec-Rumunki. Proszę, tutaj dowód ze starej mapy.

Teraz najlepsze: Rumunki w Lipowcu były z Niemiec. Naprawdę! To spolszczona wersja czasownika räumen (zwalniać, opróżniać, sprzątnąć), którym określano osady zakładane w odosobnionych miejscach przez niemieckich osadników. W Lipowcu był to wykarczowany kawał lasu, co zresztą nadal widać na zdjęciach z satelity.

Ale Lipowiec koło Kurzętnika też ma w sobie coś światowego. Wybudowania najbliżej Kaługi nazywa się Holendry (lub Olendry), co sugeruje, że kiedyś mieszkali tu przybysze z Niderlandów. Jeśli tak było, to nazwa jest jedynym śladem.

okolice wsi Kurzętnik

À propos śladów, jadąc z Kaługi do Kurzętnika w lesie po prawej stoi enigmatyczna konstrukcja z żelbetu. Wygląda jak mur albo bunkier, ale nie jest ani jednym ani drugim. Ba, jak pozna się jej prawdziwe zastosowanie sporo traci romantyzmu.

Kurzętnik opuszczona rampa kolejowa koło Kaługi

To opuszczona rampa kolejowa do przeładunku żwiru. Urobek z Nielbarka przewożono kolejką wąskotorową i przesypywano tu do normalnotorowych wagonów. Po bocznicy nie ma śladu, rozebrano ją na długo przed likwidacją linii 251 w 2000 roku.

Lipowiec koło Kurzętnika

Znów Kurzętnik

Z Kaługi jadę niemiłosiernie sfatygowaną drogą, którą dzielę z samochodami i szlakiem św. Jakuba. Nie do wiary, że nawierzchnia bitumiczna może tak popękać i równocześnie nadal trzymać się kupy. Ale od Lipowca rowerzyści mają fory. Wraca asfalt na kolejowym nasypie, jest równo i płasko jak na stole. Znów towarzyszą mi widoki na nadrzeczne pola i ugory. Kiedyś widziałam tu parę bażantów i wygrzewającego się zaskrońca, innym razem tuż nad głową przeleciał mi myszołów.

Ścieżka rowerowa Kurzętnik Lipowiec

Gdy zarośla ustąpią miejsca parkanowi zakładów betonowych będę z powrotem w Kurzętniku. Od strony ścieżki rowerowej Prefabet robi wrażenie opuszczonego, ale to pozory. Dawna fabryka domów po wygaśnięciu zapotrzebowania na wielką płytę przestawiła się na produkcję drobniejszych wyrobów. Możecie tu sobie zamówić słup energetyczny, betonowe kręgi albo kostkę chodnikową. Od czasu do czasu idą w ruch ogromne suwnice, których rytmiczny układ kojarzy mi się z Partenonem. Byłabym zdruzgotana, gdyby zniknęły z krajobrazu.

Prefabet Kurzętnik

Od tego momentu do wiaduktu w Nowym Mieście zostały mi trzy kilometry i jeden upierdliwy podjazd.

PS

Do napisania artykułu zainspirowały mnie książki „Szlaki. Opowieści o wędrówkach” Roberta Macfarlane’a oraz „Premie górskie najwyższej kategorii” Jakuba Kornhausera.

Świetną książkę o systemowym niszczeniu kolei w Polsce napisał Karol Trammer, ale ostrzegam, że lektura „Ostrego cięcia” podnosi ciśnienie nie mniej niż ostatnie poczynania rządu. Natomiast osobom zainteresowanym historią linii nr 251 Iława Główna – Tama Brodzka polecam stronę Jakuba Pichola Linie Kolejowe Mazur Południowo-Zachodnich (są nawet skany biletów i rozkłady jazdy!).

Linia kolejowa z Iławy do Brodnicy. Nasyp i przepust pod nim w okolicy Kurzętnika

Tego tekstu nie byłoby bez przewodnika krajoznawczego „Stara linia kolejowa”, który w 2017 roku wydała Fundacja Wybudowania. Mapa na zdjęcia to fragment mapy topograficzno-turystycznej Pojezierza Brodnickiego z początku lat 90. wydanej przez Polkart. Więcej o przeszłości opisanej tu okolicy znajdziecie na blogu Tomka Chełkowskiego. Polecam uwadze też kilka moich wcześniejszych tekstów poświęconych terra lubavia i nieco dalszym stronom:

Kurzętnik wieś Lipowiec. Stary dom z czerwonej cegły


Spodobał Ci się tekst? Postaw mi wirtualną kawę lub udostępnij artykuł znajomym. Da mi to poczucie, że to, co robię ma sens.
Po więcej pomysłów zajrzyj do spisu treści bloga.
No i zostań ze mną na dłużej, aby nie przegapić kolejnych tekstów.
Polub na Instagramie i Facebooku!
Lub zapisz się do newslettera z powiadomieniami o nowych artykułach.

 

Loading
Sprawdź skrzynkę i kliknij w potwierdzający link.

DZIĘKUJĘ!