Pustynia, góry, turkusowa woda, palmy i… spacerujące samopas wielbłądy. To Oman. Spędziłam w nim dziesięć pięknych dni. Oto co w tym czasie robiłam.
Podróż zorganizowałam na własną rękę, a jej tempo określiłabym jako umiarkowaną. Trochę zwiedzania, trochę leniuchowania. Bez odhaczania dla odhaczania. Zamiast tego dużo pysznego jedzenia i cieszenia się miejscem, w którym się jest.
Dlatego mój plan 10-dniowej podróży po Omanie nie został przeładowany atrakcjami. Wybrałam to, co mnie interesuje, a to czego nie zdążyłam zobaczyć zostawiam sobie na kolejny raz, bo wiem, że do Omanu wrócę, co samo w sobie jest najlepszą rekomendacją jak udany był to wyjazd!
W tym artykule dzielę się gotowym i sprawdzonym planem 10-dniowej podróży po Omanie. Kraj odwiedziłam w grudniu 2025 roku. Początek i koniec roadtripu w Maskcie, auto wypożyczyłam na lotnisku korzystając z tej wyszukiwarki. Opisana trasa pozwala zmieśćić się w narzuconym przez wypożyczalnię limicie 200 kilometrów dziennie. By prowadzić auto w Omanie wystarczy polskie prawo jazdy.
Maskat (dni 1-2)
Post factum muszę posypać głowę popiołem – nie doceniłam stolicy Omanu, z góry zakładając, że duże miasto = nieinteresujące miasto. Błąd. Maskat to jedna z najpiękniej położonych stolic jakie widziałam. Przez blisko trzydzieści kilometrów ciągnie się wzdłuż Zatoki Omańskiej, a jego dzielnice są porozrzucane między górami. Paradoks: najbardziej docenia się urodę Maskatu jeżdżąc po nim autem. To nie jest miasto stworzone z myślą o spacerowiczach.
Nie zobaczyłam w Maskacie ani Wielkiego Meczetu Sułtana Kabusa (Sultan Qaboos Grand Mosque; w czasie mojego pobytu był zamknięty dla innowierców), ani Królewskiej Opery (Royal Opera House Muscat; nic ciekawego nie grali), ale byłam na suku (Mutrah Souq), gdzie targowałam się do upadłego, opędzałam od nachalnych sprzedawców oraz odmawiałam obejrzenia rolexów w atrakcyjnej cenie dla przyjaciół. Poniewczasie żałuję, że nie wybrałam się na tę wycieczkę po mieście. Mądra Zofia po szkodzie.
Natomiast cieszę się, że zafundowałam sobie dwie inne przyjemności.
Przejażdżka konna po plaży o zachodzie słońca
Galop brzegiem morza – wróciłam z koniarskiej emerytury właśnie dla takich momentów! To było coś o czym marzyłam w dzieciństwie i wydawało mi się być czymś „nie do spełnienia”.
W Omanie jest kilka miejsc, w których można zafundować sobie jazdę konną po plaży. Ja wybrałam tę stajnię, bo miała bardzo dobre opinie, a mi zależało nie tylko na fajnej zabawie, ale i dobrostanie koni.
I się nie zawiodłam. Konie były zadbane, spokojne i dobrze ułożone. Jazda była indywidualna, na plaży towarzyszył mi instruktor, który czuwał nad bezpieczeństwem oraz zrobił mi milion pamiątkowych zdjęć. Przy okazji – nie trzeba być zaawansowanym jeźdźcem, by doświadczyć jazdy konnej po plaży w Omanie. Intensywność jazdy jest ustalana wcześniej i dostosowana do umiejętności jeźdźca (lub ich braku – wówczas wyrusza się na spacerek).
Rejs tradycyjną łodzią po Zatoce Omańskiej
Maskat świetnie wygląda nie tylko z samochodu. Jeszcze lepiej wygląda z wody! Z mariny Bandar Al Rowdha wypływają tradycyjne drewniane łodzie dhow, a popołudniowe rejsy mają kulminację w czasie zachodu słońca. Nie wierzyłam rezerwując bilety, ale naprawdę trwał 2 godziny! Na statku była toaleta, wygodne siedziska z poduchami, zimne napoje w ilości dowolnej, a kierownik rejsu częstował najlepszymi daktylami, jakich próbowałam w Omanie.
| NOCLEG: W Maskacie nocowałam w hotelu Golden Tulip Headington 4* w dzielnicy Ruwi. Hotel jest lekko sfatygowany, ale wygodny, a w cenie był parking i pyszne śniadanie, wkoło (prócz sklepów ze złotem i diamentami) jest dużo opcji gastronomicznych na każdą kieszeń oraz supermarket spożywczy Lulu. |
Wadi Dayqah Dam (dzień 3)
Kolejnego dnia wyruszyłam w stronę miasta Sur, a trasę urozmaiciłam sobie flagowymi atrakcjami przyrodniczymi Omanu – wadi.
Wadi to inaczej suche koryto rzeczne, które po opadach deszczu wypełnia się wodą. Tyle teorii. W praktyce w Omanie są też wadi, które bez względu na porę roku i pogodę są pełne wody. Jednym z nich jest właśnie Wadi Dayqah. Chociaż to przypadek nietypowy: to wadi z zaporą wodną.
Wygląda to tak: górsko-pustynne nieużytek przedzielono tamą. Po jednej stronie mamy ogromny zbiornik. Po drugiej: miasteczko jak oazę z encyklopedii. Białe domki w daktylowym gaju.
Tama sama w sobie robi wrażenie, widoki z jej szczytu są w-s-p-a-n-i-a-ł-e! Ale czas można tu spędzić także bardziej aktywnie. Są wypożyczalnie sprzętu wodnego, są ścianki wspinaczkowe i via ferrata kończąca się przejazdem tyrolką wiszącą kilkadziesiąt metrów nad wodą. W kawiarni na zaporze serwują pyszne szafranowe mrożone latte.
Wadi Shab (dzień 3)
Kolejne wadi było jeszcze piękniejsze. Wyobraźcie sobie wąski kanion, którego dno wypełnia turkusowa woda, a wokół rosną palmy. Oto Wadi Shab – piękniejszego wadi w Omanie nie widziałam.
Wędrówkę po Wadi Shab zaczyna się od krótkiego rejsu łódką (1 OMR/osoba w obie strony; pływają od ok. 8.30 do ok. 17.00), a potem czeka jeszcze kwadrans spaceru do pierwszego basenu, po którym trzeba podjąć decyzję: dalej wpław czy wędrując po skalnych półkach? Którąkolwiek opcje się wybierze widoki zwalają z nóg.
Wadi Shab jest cudne i (niestety) bardzo popularne (czytaj: parking zapycha się szybko). Na miejscu można wypożyczyć buty do pływania i kapoki (baseny miejscami są bardzo głębokie).
| NOCLEG: Na kolejne dwie noce zatrzymałam się w BAIT AL-AFIA Hotel – prosto urządzonym, niedrogim hoteliku w starej części miasta Sur. Nic specjalnego, ale pokój był ogromny, czysty i wyposażony we wszystko czego potrzeba (lodówka, czajnik, klimatyzacja). |
Sur (dzień 4)
W Sur zakotwiczyłam się w czasie podróży po Omanie z dwóch powodów.
Rezerwat Ras al Jinz
Pierwszym był leżący nieopodal rezerwat Ras al Jinz chroniący miejsce składania jaj przez żółwice. Dwa razy dziennie organizowane są wycieczki z przewodnikiem. Niestety zamiast podglądania żółwic w tym czasie testowałam omańską ochronę zdrowia (nie obraziłabym się gdyby polska działała tak samo).
No więc ta część planu wypadła, ale samo Sur okazało się interesującym miastem, a dzięki lokalizacji noclegu w sercu starego miasta mogłam obserwować zwykłe życie Omańczyków. Robić zakupy, stołować się i spacerować tam, gdzie oni. I to było świetne!
Stocznia tradycyjnych łodzi dhow
Ale Sur ma jeszcze jedną atrakcję i to taką przez duże a: stocznię tradycyjnych łodzi dhow (Dhow Factory; pływałam taka podczas rejsu w Maskacie!). To nie wydmuszka dla turystów, a autentyczny zakład szkutniczy, w którym łodzie buduje się ręcznie, tak samo jak setki lat temu.
Stocznia działa jak żywe muzeum. Zwiedzanie zaczyna się od wystawy historycznej, a potem można dowoli spacerować między stanowiskami pracy szkutników, którzy budują i remontują dhow. Kto ma ochotę może także pobuszować między pokładami niewykończonego statku.
Phoenix Cafe w Sur
A po zwiedzaniu chodziliśmy na pyszną mrożoną kawę i świeży sok do Phoenix Cafe (także jako Phenuq Café), które w Sur ma dwa adresy. Pierwszy: w punkcie informacyjny między stocznią dhow i kratownicowym mostem. Drugi: w księgarni kilka minut spacerem od hotelu, w którym spałam. Jadłam tam najlepsze śniadanie w Omanie!
Wadi Bani Khalid (dzień 5)
Kolejnego dnia ruszyłam jeszcze dalej na południe w stronę pustyni Wahiba Sands, ale po drodze zrobiłam skok w bok do kolejnego wadi, które – choć piękne – okazało się lekko rozczarowujące.
Wadi Bani Khalid jest kolejnym z listy najpopularniejszych wadi Omanu, ale to co się w nim wydarzyło jest smutnawym przykładem turystyfikacji przyrody. Czytając relacje relację z podróży do Omanu nastawiłam się na coś podobnego do Wadi Shab. Ale to już nieprawda.
Pierwszy duży basen już wcześniej był opanowany przez infrastrukturę turystyczną (jest restauracja, pomosty etc), ale dalej miał być miły trekking po półkach skalnych. Na miejscu okazało się, że Wadi Bani Khalid zmieniło się w wielki plac budowy, a do kolejnych basenów idzie się po wybetonowanej trasie spacerowej w rytm huku betoniarek i młotów pneumatycznych. Mimo to nie odmówiłam sobie przyjemności kąpieli, chociaż woda była zimna (no ale drodzy państwo, ostatecznie to był grudzień).
Nie zrozumcie mnie źle: Wadi Bani Khalid jest piękne, ale zmieniło się w spacerniak dla klapkowiczów.
Pustynia Wahiba Sands (dzień 6)
Na szczęście nie cały Oman zalano betonem! Resztę dnia i noc spędziłam w obozowisku na morzu złotych wydm. Czyli na pustyni Wahiba Sands. Napisałam o tym osobny artykuł, bo jest to przygoda warta i przeżycia, i zapamiętania. Zainteresowanych odsyłam do tekstu Spałam w namiocie na pustyni w Omanie i było jakby luksusowo.
A na pustyni nocowałam w tym campie.
Nizwa (dzień 7)
Resztą urlopu w Omanie spędziłam kręcąc się wokół dawnej stolicy – Nizwy. Miasto jest bardzo przyjemne, nie za duże, z zabytkowym centrum, rozwiniętą infrastrukturą i usługami, wyborem knajp i knajpek oraz spożywczymi marketami. Jednocześnie Nizwa nie jest aż tak rozwleczona jak Maskat i zupełnie przyjemnie się po niej spaceruje. Stare miasto i wszystkie jego najciekawsze punkty można na leniucha przejechać w czasie tej wycieczki meleksem.
| NOCLEG: Wrażenia z pobytu w Nizwie podbił mi bardzo fajny nocleg, najlepszy z wszystkich miejsc, które przetestowałam w Omanie. Aryaf hostel w rzeczywistości nie jest żadnym hostelem, a pensjonatem urządzonym w willi z ogrodem, dwoma basenami oraz masą zakamarków do wieczornego chillowania. Pensjonat ma tylko pięć pokoi z łazienkami, do dyspozycji jest także wspólna kuchnia. Można dokupić śniadanie, ale nie jest warte ceny, lepiej samemu ogarnąć zakupy i zjeść w ogrodzie pod palmą. Pensjonat położony jest kwadrans spaceru od starego miasta, w cichej okolicy. Ma własny parking. |
Co zobaczyć w Nizwie? Nie zwiedzałam miasta bardzo intensywnie, ale mam kilka polecajek.
Mury Al Aqr w Nizwie
W samolocie, którym leciałam do Maskaty, obejrzałam klip promujący Oman. Na jednym z ujęć grupa mężczyzn w tradycyjnych strojach (przypominających sutannę białych diszdaszach oraz haftowanych czapeczkach, czyli kummach) spacerowało po czymś, co wyglądało jak ścieżka w koronach palm. Okazało się, że to dawne mury obronne Nizwy.
Mur Al Aqr (Al Aqr Wall) jest jednym z najstarszych i najważniejszych murów obronnych Omanu, ma prawie dwa kilometry w obwodzie, otacza stare miasto, a najstarsze części pochodzą ponoć z XVII wieku. Wstęp na mury Al Aqr płatny, aczkolwiek w czasie mojej wizyty bramki były otwarte, a kasy nieczynne.
Kozi targ w Nizwie
Zofia i jej rozkminy. W Nizwie w piątkowe poranki odbywa się targ kóz i bydła. Mam mieszane odczucia wobec niego. Z jednej strony to kawałek autentycznego Omanu na wyciągnięcie ręki, z drugiej zainteresowanie turystów (w tym moje, nie jestem bez winy) zmienia to wydarzenie trochę w cyrk.
Oman jest w takim przejściowym momencie. Już oswoił się z turystami, których jest sporo, ale jeszcze nie jakieś szalone tłumy. Masowa turystyka jeszcze się tu nie umościła, ale jest kwestią czasu, gdy to się zmieni. Cieszę się, że dane było mi poznać kawałek Omanu nim stał się „modną destynacją” skrojoną pod masowe gusta. A wtedy na takim kozim targu naprawdę nie będzie czego szukać.
Suk w Nizwie i kosztowanie halvy
Suk w Nizwie opisywany jest jako jeden z najstarszych targowisk w Omanie. I wciąż jest to bardzo autentyczne miejsce, bo stragany z pamiątkami, ceramiką i biżuterią, zajmują tylko jego niewielką część.
Najciekawsza jest część spożywcza, w której od rana do wieczora kwitnie handel owocami, warzywami, przyprawami, daktylami oraz halvą – nie mylić z chałwą – tradycyjny omański deser, którym handlarze chętnie częstują.
Halva przypomina brunatną galaretkę, powstaje z wody różanej, skrobi, klarowanego masła i przypraw (na przykład szafranu). Jest bardzo słodka, a w smaku nie przypomina niczego, co wcześniej próbowałam. Nizwa słynie z jej wyrobu.
Salony urody damskiej i męskiej w Nizwie
Omańczycy niezwykle dbają o wygląd. Barberzy są co krok i jest ich jak na moje oko o wiele więcej niż damskich salonów urody (ale mogę się mylić). Wspólnie z towarzyszem podróży postanowiliśmy wypróbować ich usługi. Bez wcześniejszego umawiania się wybrałam się do Lamsat laila beauty salon Nizwa na tatuaż z henny (kosztował ok. 20 PLN i trzymał się 10 dni), a mój towarzysz do Abu Sufian Barber Shop na golenie brzytwą i inne zabiegi upiększające (koszt ok. 60 PLN).
Jabal Shams, Wielki Kanion Omanu i Balcony Walk (dzień 8)
Jabal Shams ze swoimi 3018 metrami n.p.m. jest najwyższym szczytem Omanu i tak się składa, że leży rzut beretm z Nizwy. Nie, nie wchodziłam na jego szczyt. Zamiast tego wybrałam się na trekking krawędzią leżącego poniżej Wielkiego Kanionu Omanu.
Wielki Kanion Omanu to w rzeczywistości kolejne wadi, którego niemal pionowe ściany mają po 1500 metrów. Można się przespacerować dnem Wadi Ghul, ale znacznie bardziej ekscytujący jest trekking szlakiem trawersującym jego krawędź.
Nazywa się on Balcony Walk, ja nazwałabym go ścieżką nad przepaścią. Szlak nie jest trudny, podejścia i zejścia nie są strome. Najwięcej emocji wzbudza ekspozycja na przepaść. Ścieżka Balcony Walk jest wąska, nie ma zabezpieczeń, a od przepaści dzieli w najlepszym razie jakiś krzak i kilka ruchomych kamieni. W gorszym – nic.
W obie strony szlak ma około 7 kilometrów, ale można go skrócić zawracając w dowolnym momencie. Na początku są dwa maleńkie punkty gastronomiczne. Przyznaję, że kawa z widokiem na Jabal Shams oraz Wadi Ghul smakowała bosko!
Przygodą jest już zresztą dojazd na punkt początkowy szlaku Balcony Walk w wiosce As Sab. Górska droga, pełna serpentyn, zjazdów i podjazdów, szutrowa na dwóch odcinkach, a pod koniec tak nierówna, że dziękowałam losowi za auto 4×4.
Al Hamra i okolice (dzień 9)
By uzmysłowić sobie jak wielki skok cywilizacyjny zrobił Oman w minionym półwieczu najlepiej wybrać się do miasteczka Al Hamra.
Samochód zostaw na tym parkingu, a jako cel w nawigacji telefonu wbij Bait Al Safah. Najpierw czeka cię spacer między polami i ogrodami warzywnymi. Taką żyzność i zieloność w wysuszonym na wiór Omanie zapewniają faladże – starożytny system irygacyjny. Niektóre faladże (choć akurat nie ten w Al Hamrze) wpisano na listę UNESCO. Między polami – jak oaza na pustyni – działa Cafe Masqa. Mają pyszną kawę i sernik, a z tarasu roztacza się wspaniały widok na masyw Jabal Shams.
Tam, gdzie kończą się poletka zaczynają się gaj palmowy, z którego dróżka prowadzi prosto na opuszczoną część Al Hamry. To jedna z najlepiej zachowanych tradycyjnych omańskich osad, składająca się z labiryntu ciasnej, piętrowej zabudowy z surowej glinianej cegły. Niektóre domy tej wioski duchów mają po 300 lat! Większość zapadła się w sobie. Nie mają dachów i stropów, glina się rozmyła, straciła fason. Ale są też takie, które trzymają pion i prezentują się doskonale. W jednym z nich urządzono żywe muzeum.

Muzeum Bait Al Safah
Odtwarza, jak wyglądało życie wielopokoleniowej omańskiej rodziny nim sułtan Kabus zarządził modernizację kraju i wielkie budowanie nowoczesnych domów z wygodami. Bait Al Safah zwiedza się z przewodnikiem, a po drodze atrakcji moc. Pokazy palenia ziaren kawy, tłoczenia oleju i wypieku cienkiego jak opłatek chlebka, testy syropu daktylowego, przebieranki w tradycyjne omańskie stroje, przerwa na kawę i daktyle.
Miasteczko Misfat Al Abriyyin
Kolejna ciekawa wioska leżąca kilkanaście minut autem od Al Hamry. Jeszcze łatwiej się tu zgubić, bo domy położone są tarasowo, na zboczu Jabal Akhdar. Do Misfat Al Abriyyin (zapisywane również jako Misfat Al Abriyeen) można podjechać samochodem, ale można też zafundować sobie krótki trekking przez zieloną od palm dolinę Wadi al‑Nakhr. Samochód zostaw tutaj, a następnie podejdź na początek ścieżki tutaj. Są dwa warianty szlaku, ten odbijający w prawo jest nieco dłuższy i trudniejszy. Na koniec czeka cię zadyszkogenne podejście do wioski, dlatego w nawigację od razu wklep Rogan’s Cafe, by pyszną mrożoną kawką z bajecznymi widokami nagrodzić się za udany atak szczytowy.
Zamek Jabreen (dzień 10)
Okolice Nizwy są omańskim zagłębiem twierdz i fortów. Trudno się temu dziwić, dawna stolica musiała być strzeżona z każdej możliwej strony. Twierdza jest w Nizwie, zamek w Bahli wpisano na listę UNESCO, jednak po przestudiowaniu opisów wybrałam do zwiedzania siedemnastowieczny zamek Jabreen (występuje również pod nazwą Fort Jabrin lub Jibreen Castle) i była to doskonała decyzja.
Zwiedzanie go było świetną zabawą, bo dla zmylenia nieprzyjaciela zamek wyposażono w labirynt pomieszczeń, schodów i zakamuflowanych przejść. Zresztą wątpię, aby jakikolwiek wróg się tu kiedykolwiek przedarł, bo obrońcy twierdzy niezapowiedzianych gości traktowali z góry… wrzącym syropem daktylowym.
W związku z powyższym imamowie urządzili sobie w nim wygodne gniazdko. Zamek Jabreen słynie zresztą z tego, że jest najbardziej pałacowym ze wszystkich fortów okolic Nizwy. Ma przepiękne malowane stropy, sztukaterie z cytatami z Koranu, rzeźbione elementy stolarskie i miło dla oka zrekonstruowane wnętrza.
A potem nie pozostało nic innego, aby spakować walizkę, wymeldować się z hotelu i złapać wieczorny lot do Europy.
* Niektóre linki w tekście są afiliacyjne. Ale nie polecam tutaj niczego, co mi się nie podoba!
Dzięki, że czytasz do końca! Przydało się? Udostępnij znajomym!
Postaw mi wirtualną kawę. Da mi to poczucie, że to, co robię ma sens.
Po więcej pomysłów zajrzyj do spisu treści bloga.
Zostań ze mną na dłużej, aby nie przegapić kolejnych tekstów.
Polub na Instagramie i Facebooku!
Lub zapisz się do newslettera z powiadomieniami o nowych artykułach.
DZIĘKUJĘ!
Oman: Pojechałam z ciekawości. Wróciłam zachwycona. Oto co zobaczyłam w 10 dni!
Podobne artykuły
Cześć!
Nazywam się Zofia Jurczak, a to moja strona poświęcona podróżom
Jestem kulturoznawczynią (UJ), stypendystką Miasta Krakowa. Moje koniki to Kraków (napisałam o nim dwie książki), muzea, miasteczka, dziedzictwo kulturowe i historyczne. Kocham Japonię, uwielbiam wyspy. W podróży napędza mnie ciekawość. Na stronie piszę o tym, co mnie kręci.
Więcej








































