Być w Norwegii i nie popłynąć w rejs po fiordach? To byłoby nie w moim stylu!
Z artykułu dowiesz się jak wygląda rejs po Hjørundfjord z Alesund na pokładzie retro statku MS Bruvik.
Zawiązanie akcji: W styczniu 2026 roku spędziłam kilka dni w Ålesund
Nie wiecie, gdzie to? Ja też nie wiedziałam. O istnieniu miasta dowiedziałam się, kupując bilety lotnicze. Chciałam zobaczyć Norwegię zimą, a jedynym kryterium wyboru miejsca docelowego była cena. Do Alesund były najtańsze bilety. Kupiłam je spontanicznie, nie zastanawiając się szczególnie co tam będę robić.
Zimy co prawda nie zaznałam (i bardzo dobrze! bo w międzyczasie dała popalić w Polsce), ale poza tym wybór okazał się z wszech miar udany. Boży palec (albo oszczędność, jak wolicie) sprowadził mnie do secesyjnego miasta wśród oszałamiających urodą gór i fiordów. Do kompletu udało mi się zarezerwować komfortowy apartamencik w cenie, która nawet w Polsce uchodziłaby za niewygórowaną (a co dopiero w Norwegii!). Dobry losie zsyłaj mi więcej takich darów!
Akt pierwszy, w którym wybieram rejs po fiordach
Gdy spontanicznie bukowałam wyjazd do Norwegii, jeszcze nie wiedziałam, że Ålesund jest bazą wypadową rejsów po Geirangerfjord oraz mniej znanym, ale nie ustępującym mu urodą Hjørundfjord. Oferta wycieczek jest bogata, różnią się długością, atrakcjami, programem i – rzecz jasna – ceną. Jednak dla mnie wybór okazał się prosty i to wcale nie dlatego, że dokładnie wiedziałam, czego chcę.
Po prostu zimą rejsów po fiordach z Alesund jest tyle, co kot napłakał – kilka w tygodniu. Decyzję więc podjęła się sama: albo całodniowy rejs po Hjørundfjord, albo nic.
Mimo to wahałam się do ostatniej chwili, bo cena wydawała mi się wygórowana. Miałam już pewne doświadczenie z rejsami po fiordach w Norwegii. W czerwcu wykupiłam podobną wycieczkę z Bergen i choć przyroda wywalała z butów, to samo doświadczenie było średnie. Statek głośny i niezbyt wygodny, ludzi tłum, z opowieści przewodnika niewiele wynikało. Mimo to rejs był wysoko oceniany, czego nie mogę napisać o wycieczce po Hjørundfjord, na którą się wybierałam.
Post factum zdradzę wam sekret: nie wierzcie we wszystko, co anonimowi ludzie piszą w internecie.
Miejsce akcji: Hjørundfjord
Zatrzymajmy się na chwilę przy okolicznościach przyrody, czyli fiordzie Hjørund. Długością nikomu w Norwegii nie zaimponuje i to nawet jeśli za pewnik przyjmiemy, że mierzy 34 kilometry, jak twierdzi część źródeł (inne skracają go do dwudziestu). Jednak stara prawda, że „rozmiar nie ma znaczenia” i tu znajduje potwierdzenie. W przypadku Hjørundfjord liczy się nie jego długość, a to, co wokół.
A dzieje się wiele.
Fiord wcina się w Alpy Sunnmørs (Sunnmørsalpane), których poszarpane granie odbijają się w jego wodach. Najwyższe szczyty dochodzą do 1700 metrów, by niemal pionowo wpaść wprost do fiordu. Efekt – w Sunnmørsalpane schodzi najwięcej lawin śnieżnych w Norwegii. Tak silnych, że wstrząsają ziemią i domami w okolicznych wioskach. Bo wbrew surowemu otoczeniu Hjørundfjord jest zamieszkany. Osady są maleńkie, czasem liczące kilka domów. Do niektórych nie prowadzi żadna droga, dostać się można do nich tylko łódką.
Sprawdź ofertę rejsów po fiordach z Alesund
Akt drugim, w którym poznaję statek
Hjørundfjord nie był jedynym bohaterem dnia. Drugim okazał się pływający zabytek, na którym odbyłam rejs – statek MS Bruvik z 1949 roku!
W młodości pływał jako liniowiec po fiordach. Emeryturę Bruvik spędza wożąc turystów. Z dawnego stateczku pasażerskiego został retro kadłub, reszta to nowoczesność, ale jaka stylowa! Zamiast plastikowych krzesełek upchniętych w ciasnych rzędach – kanapy i fotele w przytulnym saloniku z panoramicznymi oknami i barem.
Pokład niżej urządzono jadalnię. Do tego pokład widokowy na dziobie i słoneczny na rufie. Urocze były toalety na tym ostatnim – wchodziło się do nich przez solidne drewniane drzwi. Idę o zakład, że służą na Bruviku od czasu jego zwodowania!
Akt trzeci, w którym płynę przez Hjørundfjord i dumam nad sprawiedliwością dziejową (a raczej jej brakiem)
Oglądaliście „Rejs” Marka Piwowskiego? Pamiętacie scenę, w której inżynier Mamoń recytuje żonie, co widzi przez lornetkę na brzegach Wisły? Szło to mniej więcej tak: „O, lasy, lasy, pola, pastwiska, koszą traktorem […]. Koń… Krowa, kura, kaczka… […] O! Jest! Widzę! Droga… Chyba na Ostrołękę”.
W wersji z pokładu MS Bruvik brzmiałoby to tak: O, góry, szczyt w śniegu, drzewa, dom, chatka na pustkowiu, osuwisko, pastwisko, wieża kościoła, znów osuwisko, kaczki, jakaś wioska. O! Jest! Widzę! Droga… na pewno nie na Ostrołękę.
I tak przez cały rejs (minus panie w negliżu, które w rzeczywistości kontemplował Mamoń).
Nuda? Przeciwnie. Kompres dla przebodźcowanego mózgu. Hjørundfjord mnie zahipnotyzował. Nos nie odklejał mi się od okna. A poza tym, czy to w ogóle jest sprawiedliwe, żeby jeden kraj wygrał w loterii krajobrazowej tyle piękna, że reszta świata wypada przy nim tak zwyczajnie?
I jeszcze to światło! Rejs zaczynał się o 10.00. W styczniu w Ålesund słońce wschodzi niewiele wcześniej, by przed szesnastą znów zniknąć za horyzontem. Te skrawki dnia wydarte nocy, przy dobrej pogodzie, zamieniają się w niekończącą się złotą i srebrną godzinę.
„Przy dobrej pogodzie” to słowo klucz, bo pogoda w zachodniej Norwegii bywa jak rozkapryszony bachor. Lepiej się do niej nie przywiązywać, bo potrafi zmieniać się znienacka co kilkanaście minut. Doświadczyłam tego i w Bergen, i w Sandefjord.
Akt czwarty, w którym dzielę się opinią o rejsie po Hjørundfjord na pokładzie MS Bruvik
Czy mi się podobało? Jeszcze jak!
Nie żałuję ani jednej korony wydanej na rejs Bruvikiem po fiordzie Hjørund.
Oczywiście połowę roboty zrobiła matka natura i panoramy zza okien, ale resztę doświadczenia dopełnił statek, który nie był typowym stateczkiem wycieczkowym tylko taką pływającą salonką.
Sprawdź ofertę rejsów po fiordach z Alesund
W barze sprzedawano drobne przekąski, napoje i alkohole (podawane w szkle, a nie z plastikowych kubków – niby drobiazg, ale jakże miły). Natomiast w cenie rejsu były kawa, herbata i woda oraz lunch. I akurat ten lunch okazał się najsłabszym punktem programu. Podano zupę (z mięsem lub bez), o której jedyne dobre, co mogę powiedzieć, to to, że była ciepła. Sytuację ratowała chrupiąca bagietka z solonym masłem. Z drugiej strony nawet ta cienka zupka zaczynała smakować, gdy zamiast na talerzu człowiek skupiał się na tym, co wokół.
Rejs był cichy, co bardzo doceniam! Żadnej muzyki, żadnej paplaniny przewodnika. Tylko delikatny szum silnika przerywany od czasu do czasu krajoznawczymi informacjami po angielsku. Co ważne, była dostępna także wersja po polsku, do odsłuchania na telefonie. Na nieidealną polszczyznę przymknijmy oko.
Plan rejsu podany na stronie z rezerwacjami nieco rozminął się z rzeczywistością. Zamiast zapowiadanego postoju w Sæbø zatrzymaliśmy się w Øye. I dobrze, bo Øye okazało się cukiereczkiem – ślicznym i idealnym miejscem, by rozprostować nogi. Wioska słynie z dziewiętnastowiecznego hotelu Union, w którym wypoczywały koronowane głowy i VIP-y kultury jak Arthura Conan Doyle’a czy Karen Blixen. Z zewnątrz przypomina drewniane pensjonaty w Krynicy-Zdroju, ale w środku to francja-elegancja łamana na luksusy. Zresztą zobaczcie sami.
* Niektóre linki w tekście są afiliacyjne. Ale nie polecam tutaj niczego, co mi się nie podoba!
Dzięki, że czytasz do końca! Przydało się? Udostępnij znajomym!
Postaw mi wirtualną kawę. Da mi to poczucie, że to, co robię ma sens.
Po więcej pomysłów zajrzyj do spisu treści bloga.
Zostań ze mną na dłużej, aby nie przegapić kolejnych tekstów.
Polub na Instagramie i Facebooku!
Lub zapisz się do newslettera z powiadomieniami o nowych artykułach.
DZIĘKUJĘ!
Podobne artykuły
Cześć!
Nazywam się Zofia Jurczak, a to moja strona poświęcona podróżom
Jestem kulturoznawczynią (UJ), stypendystką Miasta Krakowa. Moje koniki to Kraków (napisałam o nim dwie książki), muzea, miasteczka, dziedzictwo kulturowe i historyczne. Kocham Japonię, uwielbiam wyspy. W podróży napędza mnie ciekawość. Na stronie piszę o tym, co mnie kręci.
Więcej

















