Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść, niepokonanym…

– śpiewał Grzegorz Markowski. Śmiem twierdzić, że twórcy wielu seriali takiej wiedzy nie posiadają. Oczywiście tasiemce, pokroju „Moda na sukces”, niech sobie będą skoro taka ich natura, że ciągną się w nieskończoność. Myślę raczej o tych wszystkich fantastycznych fabułach i pełnokrwistych intrygach, które olśniły mnie w pierwszym, no góra drugim sezonie, ale zamiast ze sceny zejść niepokonanym, były kontynuowane z miernym efektem. I tak mity upadały, jeden po drugim.

Przykłady? Proszę bardzo:

„The Killing” – Ten serial był mocny, diablo wciągający, niesamowicie klimatyczny. Historia miała ręce i nogi, a w scenariuszu nie było dziur. Ale prócz wiadomego pytania – kto zabił Rosie Larsen? – dla mnie najbardziej poruszające były wątki z rodziną Rosie: wszystkie fazy żałoby, smutku, żalu, buntu. To był znakomity serial, ale tylko do końca drugiego sezonu. Potem zmienił się producent (i zapewne scenarzyści), a to, co zostało zaserwowane w kolejnych odsłonach woła o pomstę do nieba. A ostatni sezon – śmiech na sali. To było tak niedorzeczne, że najlepsze co można zrobić, to natychmiast o tym zapomnieć. Ja tak zrobiłam.

„Damages” – po polsku miało to tytuł zdaje się „Układy”. Serial z bezbłędną Glen Close w roli cynicznej prawniczki Patty Hewes. Znów świetny pierwszy sezon, trzymający w napięciu od pierwszych scen. Było to zmyślnie skonstruowane. Zaczyna się od końca, czyli od trupa i jakiejś strasznie zamotanej sceny, a potem w szeregu retrospekcji widz poznawał genezę, a fabuła i tak szła w przód. Dobre to było i mocne. W pierwszym sezonie. Każdy kolejny był tylko słabszy. Co prawda w pierwszej serii scenarzyści zostawili sobie sporo furtek (głównie w związku z Patty), ale domknięcie ich później nie przynosiło żadnej satysfakcji. Co najwyżej znudzenie.

To tylko dwa pierwsze z brzegu tytuły. Tych zawodów było więcej („The Fall”, „Broadchurch”, „True Detective”…). Ale nie o rozczarowaniach miałam, a o czymś naprawdę dobrym. Osiem odcinków i koniec. I niech ręka boska broni producentów od prób kontynuacji!

Mowa o „Długiej nocy” („The Night of”)

Jest to jedna z tych pouczających historii z gatunku: nie wychodź z domu po zmroku, bo pożałujesz (trochę jak w „Po godzinach” Martina Scorsese). Mamy bohatera – Nasira. Sympatyczny, porządny student. Żaden z niego król życia, raczej trzymająca się na uboczu pierdoła. Zaproszenie na imprezę to dla niego szansa, aby zaistnieć towarzysko. Nie rezygnuje więc nawet gdy kumpel wystawia go do wiatru. Pożycza taksówkę ojca i rusza w stronę Manhattanu. Ale po drodze gubi się, a do auta wsiada piękna nieznajoma. Jej podwózki odmówić nie może, rezygnuje więc z imprezy i niechcący daje się wciągnąć w kabałę, która zaważy na reszcie życia i jego, i rodziny. Więcej zdradzać nie powinnam. Odkrywanie kolejnych zwrotów akcji „Długiej nocy” będzie pioruńsko wciągające, a włos nie raz zjeży się na głowie.

Dobra historia to historia szczera i ludzka. Podobno

Ale coś w tym musi być, bo właśnie taka jest „Długa noc”. Ten serial jest i poruszający i przygniatająco realistyczny. Oglądałam go ze ściśniętym gardłem. Scenarzyści sięgnęli do repertuaru lęków zagrzebanych głęboko w tyle głowy (a na pewno w tyle mojej). Historia Naza to klasyka z gatunku „niemożliwe, aby się przytrafiło”. A jednak, o ironio, zdarza się! A jedna katastrofa uruchamia lawinę kolejnych.

Mogłoby by być w związku z tym ponuro, ale do długiej nocy Nasira dorzucono wątek – nazwijmy go – rozładowujący napięcie: adwokata Johna Stone’a. A ten to natural born loser. Koledzy po fachu szanują go mniej więcej tak jak syn (czyli wcale), a do tego ma egzemę… na stopach. Oczywiście w byciu nieudacznikiem z wysypką nie ma (teoretycznie) nic zabawnego, ale liczne życiowe udręki Johna Stone’a i pogoda ducha z jaką bierze je na klatę, to cudowny kontrapunkt dla dojmującego głównego wątku. Inna sprawa, że Stone nie byłby tak nietuzinkowy, gdyby nie grający go John Turturro. Ta rola wyciągnęła go z aktorskiego niebytu. Oby na dłużej!

„Długa noc” to też pytania i moralne dylematy w ilościach wręcz hurtowych. Bez jednoznacznych rozstrzygnięć i wyłożonych wprost odpowiedzi. Jest nad czym gdybać, bo nic tu nie jest czarne lub białe, podobnie jak nikt skończenie prawy albo nieskończenie zły. Na czele z wymykającym się łatwym osądom Nasirem. I chyba w tym tkwi największa siła „Długiej nocy”.

Ale w tym serialu nic nie jest proste i oczywiste.

Jeśli jeszcze nie widzieliście, to nadróbcie to koniecznie i oceńcie sami. Warto.
A jeżeli już widzieliście, napiszcie czy i na Was zrobił takie wrażenie.

Ośmioodcinkowy serial „Długa noc” (A Night of) jest dostępny na HBO GO.


Spodobał Ci się tekst? Postaw mi wirtualną kawę lub udostępnij artykuł znajomym. Da mi to poczucie, że to, co robię ma sens.
Po więcej pomysłów zajrzyj do spisu treści bloga.
No i zostań ze mną na dłużej, aby nie przegapić kolejnych tekstów.
Polub na Instagramie i Facebooku!
Lub zapisz się do newslettera z powiadomieniami o nowych artykułach.


Loading
Sprawdź skrzynkę i kliknij w potwierdzający link.

DZIĘKUJĘ!