Glasgow – miasto zwykle z premedytacją omijane przez turystów – nosi łatki ‘brzydkie’ i ‘niebezpieczne’, a jeśli już budzi jakieś emocje, to te z dolnego rejestru. Fakt, to miasto o specyficznych wdziękach. Z urokami Edynburga równać się w żadnym razie nie może.

Ale ja bardzo lubię takie turystycznie nieoczywiste miasta z bujną historią i dyskusyjną urodą. A Glasgow doskonale wpisuje się w ten typ. Wbrew pozorom ma też dużo do zaoferowania turystom. Zwłaszcza tym spragnionym kultury na wysokim poziomie (tytuł Europejskiej Stolicy Kultury nie dostaje się za ładne oczy).

Tymczasem wpis, który miał pójść w zupełnie inną stronę. Ale, jak na porządną uczennicę przystało, nim zasiadłam do pisania, postanowiłam odrobić lekcję z dziejów miasta bieżących i minionych. Przede wszystkim zaś chciałam zrozumieć dlaczego Glasgow wygląda tak a nie inaczej. Zapuściłam więc wujka googla i przepadłam na godziny.

Wnioski z badań? Glasgow to nie jest miasto, które można by opisać w dwóch zdaniach.

Zatem Szanowni Państwo this is Glasgow. W gorzkiej pigułce.

© Raymond Depardon/Magnum Photos

Podobno było piękne

Daniel Defoe (szerzej znany jako autor dzieła Przypadki Robinsona Kruzoe) wizytuje Glasgow na początku osiemnastego wieku. Jest zachwycony. W memuarach nie szczędzi miastu pochwał. Nazywa je nie tylko najczystszym (zaśmiałam się i zdechłam, dlaczego wyjaśnię za chwilę) i najlepiej zbudowanym, ale i najpiękniejszym miastem w Wielkiej Brytanii. Oczywiście zaraz po Londynie.

Ale za czasów Defoe Glasgow to była raczej senna dziura. Miasto nabiera wiatru w żagle dopiero w epoce wiktoriańskiej. To tutaj James Watt konstruuje maszynę parową, od której zaczyna się rewolucja przemysłowa.

➨ CZYTAJ RÓWNIEŻ: Charles Rennie Mackintosh i szkocka secesja, czyli najlepsze co przydarzyło się Glasgow

Do tego stocznia, a wokół niej bezlik mniejszych i większych zakładów zaopatrujących statki we wszystko, od śrubek po porcelanę.

To ten moment, w którym przemysł i handel kwitną jak nigdy dotąd. I nigdy później. A fortuny rosną.

Zapaść gospodarcza zaczyna się już po II wojnie światowej. Margaret Thatcher tylko kończy dzieło. Dla Glasgow to będzie upadek z wysoka w pakiecie z długą i bolesną deindustrializacją (nadal w toku).

(brzmi znajomo, prawda?)

© Raymond Depardon/Magnum Photos

© Raymond Depardon/Magnum Photos

Glasgow ma lepsze i gorsze momenty

Więc z jednej strony wspaniałe rezydencje przemysłowców.
Z drugiej przeludnione slumsy. Podobno najgorsze w całej Europie Zachodniej.

Zagrzybione klitki w zrujnowanych kamienicach ze wspólnym wychodkiem na zewnątrz nie były niczym niezwykłym jeszcze w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku.

To kiedyś. Bo dziś muzea z kolekcjami sztuki najwyższej próby (van Gogh, Salvador Dali, Rubens, na pęczki impresjonistów). Plus słynny uniwersytet.
Kontra kolejki po methadon (apteka na Saracen Street zrobiła dla narkomanów osobne wejście!) i top rankingu najniebezpieczniejszych miejsc w Zjednoczonym Królestwie.

I dalej:

Wybitne projekty prekursora secesji Charlesa Rennie Mackintosha i reszty członków grupy Glasgow School (to od Mackintosha ściągali wiedeńczycy, a nie na odwrót!).

Kontra bloki z wielkiej płyty stawiane na potęgę. Bo mieszkańców wyburzanych slumsów trzeba było szybko gdzieś ulokować.

A potrzeby są ogromne. Więc punktowce z wielkiej płyty mają po 30 pięter. Co owocuje (średnio chlubnym, co by nie mówić) tytułem ‘najwyżej zabudowanego miasta Wielkiej Brytanii’. Słynne z różnych (niekoniecznie sympatycznych) powodów osiedle Red Road Flats ostatecznie skończyło tak.

Zresztą nie tylko ono. Nawet bez zapuszczania się na przedmieścia widać, że Glasgow utknęło w niekończącym się procesie zbudować  – zburzyć – zbudować – zburzyć.

Lecimy dalej.

© Raymond Depardon/Magnum Photos

Efekt Glasgow

Fun facts (z gatunku tych umiarkowanie zabawnych) – w Glasgow żyje się krócej niż w każdym innym miejscu w Wielkiej Brytanii. Ba, ciocia Wiki donosi, że w dzielnicy Calton panowie żyję przeciętnie 54 lata! To akurat da się w miarę racjonalnie wytłumaczyć, bo Calton to jeden z tych (zaklętych, ha, ha) rewirów, których zwiedzanie lepiej sobie darować.

Ale dlaczego nawet w tych lepszych dzielnicach Glasgow żyje się krócej nie wie nikt. Na liście głównych podejrzanych są niedobory witaminy D, dokuczliwe zimy, przewlekły stres, zalewanie smutków alkoholem. Ale równie dobrze to mogą być jakieś tajemnicze wyziewy z rzeki Clyde. Albo słabość mieszkańców do smażonych w głębokim tłuszczu marsów.

Wszystko to razem doczekało się nawet fachowego terminu – efekt Glasgow. I powiem miłym państwu, że z tym stresem faktycznie może być coś na rzeczy, bo Glasgow jest miastem umiarkowanie przyjaznym mieszkańcom.

Na przykład taka autostrada M8 (najbardziej ruchliwa w Szkocji) tnie miasto na pół. Ba, kluczowy węzeł – Charing Cross (oficjalnie) lub Heal, czyli rana (nieoficjalnie) – jest w samym centrum Glasgow.

A natężenie świateł na przejściach dla pieszych doprowadziłoby do furii nawet Hioba. Nie dziwota, że mieszkańcy śmigają na czerwonym.

(no ale hello, w Glasgow naprawdę inaczej się nie da).

Ale to nie koniec ‘drobnych niedogodności’.

© Raymond Depardon/Magnum Photos

© Raymond Depardon/Magnum Photos

Bo Glasgow jest brudne

Do tej pory w moim prywatnym rankingu miast brudnych i brudniejszych prym wiodły Włochy na czele z Wenecją i Rzymem, ale jednak syf na ulicach Glasgow nie da się porównać z niczym innym. Daniel Defoe po prostu padłby trupem.

Centrum i West End są jeszcze w miarę. W najgorszym razie spaceruje się po dywanie z gum do żucia. Pod warunkiem, że miły czytelniku nie zapuścisz się w jeden z tych lepkich i cuchnących przesmyków między budynkami.

Ale wystarczy mały skok w bok, aby trafić na takie, takie i takie widoki. Na pierwszy rzut oka wygląda to tak, jakby niedawno przez miasto przeszła powódź i woda naniosła śmieci. Ale to nie to.

Myślałam też, naiwnie, że może to szkocki wiatr przewraca śmietniki, przez co ich zawartość fruwa sobie niczym niekrępowana po mieście. Ale to też nie to.

Czyli wychodzi na to, że wyrzucanie odpadków przez płot, okno samochodu czy tam mieszkania (niepotrzebne skreślić) to coś w rodzaju lokalnej odmiany sportu narodowego.

(nie żebyśmy byli dużo lepsi, fakt, ale w Polsce – przynajmniej w miastach – ulice są sprzątane regularnie).

© Raymond Depardon/Magnum Photos

Ale tego wpisu nie byłoby gdyby nie dwóch fotografów i jeden dokument

Najpierw zdjęcia Nicka Hedgesa dla organizacji Shelter. Hedges w latach 1969-72 fotografuje slumsy Glasgow i ich mieszkańców bytujących w warunkach, delikatnie mówiąc, urągających. I to Glasgow w okolicach 1970 roku przypomina obrazki z powojennej Polski (a trochę, ale tylko trochę, też polski czarny reportaż). Zresztą proszę, zobaczcie sami.

Mniej więcej w tym samym czasie Oscar Marzaroli na zamówienie miasta przygotowuje filmową agitkę GLASGOW 1980 o tym jak to zajefajnie będzie w Glasgow za dziesięć lat, jak już zbudują wspaniałą M8 wraz z węzłem Charing Cross (dziś zwanym raną) oraz te wszystkie radośnie pikujące ku niebu bloki. Slumsy nie występują, bo przecież w 1980 roku już ich nie będzie. GLASGOW 1980 można obejrzeć na stronie National Library of Scotland.

Wreszcie mamy rok 1980, a do Glasgow na zlecenie Sunday Times przyjeżdża Raymond Depardon. Ma dokumentować prawdziwe życie miasta. No i zrobił to. Tyle że jego zdjęcia nigdy się nie ukazały. Były za mocne dla czytelników z klasy średniej, którzy takiego natężenia nędzy i smutku mogliby nie znieść przy niedzielnym śniadaniu.

Czy dziś szokują? Możecie osądzić sami, bo fotografie Raymonda Depardona ilustrują wpis.

© Raymond Depardon/Magnum Photos

Atmosfera oczyszczona. Ufam, że teraz możemy skupić się już tylko na szkockich przyjemnościach. Ale to następnym razem.

PS Sknerus McKwacz aka Scrooge McDuck pochodził z Glasgow!


Ciekawy wpis? Puść go dalej! 
Chcesz więcej? Zajrzyj do spisu treści bloga.
Nie chcesz przegapić kolejnych tekstów? Słusznie!
Dodaj mnie do Feedly albo polub na Instagramie i Facebooku!
Lub zapisz się na newsletter. Zero spamu, tylko powiadomienia o nowych artykułach! 

A teraz sprawdź skrzynkę i kliknij w potwierdzający link.

DZIĘKUJĘ!

Komentarze