Piza żyje z błędu średniowiecznych budowlańców. Gdyby nie Krzywa Wieża mało kto, by do niej zaglądał.

Ktoś tu właśnie wsadził kij w mrowisko. Rozbujał italofilską łódkę. Podważył świętość.

Tym kimś jestem ja.

Bo jak powszechnie wiadomo: we Włoszech wszystko jest piękne, zawsze świeci słońce, kuchnia jest najlepsza na świecie, sklepikarze nie kantują, a kolejarze nie strajkują. Kto się nie zgadza, tego pod pręgierz. „Słoneczna Italia” to świętość.

Tyle wynika z lektury internetu. A jestem już mocno znużona czytaniem tych obliczonych pod kliki i lajki peanów nad doskonałością Włoch. Nie przeczę, że jest to kraj zjawiskowy, ale nie zawsze i wszędzie.

Dlatego napiszę to jeszcze raz:

Piza to nijakie włoskie miasto, któremu przydarzyła się Krzywa Wieża

Cóż my mamy w tej Pizie: romańskie kościoły są, obronne mury i średniowieczne bramy też. Pałace arystokracji – obecne, bulwary wzdłuż rzeki również. Lokalne smaczki i święta są, uniwersytet, ogród botaniczny, piazza, pizza i palazzo, espresso i aperitivo, wszystko jest. Podobnie jak w setkach innych włoskich miast. Jeśli Piza zachwyci, to tylko kogoś, kto zaczyna przygodę z podróżami do Włoch. To, jak na Włochy, dość pospolite miasto ma jednak asa w rękawie i wcale nie mam na myśli jego najsłynniejszego mieszkańca: Galileusza.

Pizańska dzwonnica jest podręcznikowym przykładem tego, jak porażkę przekuć w sukces, a wadę zamienić w atut. Nawet jeśli początki są fatalne. Gdy w czasie budowy zaczęła się przechylać nikomu do śmiechu nie było. Wieża jednak, wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi, stoi od ponad ośmiuset lat i ponoć przez kolejne sto pięćdziesiąt będzie dla Pizy znosić złote jaja. Bo ta budowlana wpadka koniec-końców okazała się biletem do ekstraligi światowej turystyki! Kto by tak nie chciał? Aż dziw, że nie znalazło się więcej miast gotowych powtórzyć ten inżynieryjny „sukces” i stawiać dzwonnice na grząskim gruncie.

Z bożego dopustu wyszło boże błogosławieństwo

Na świecie nie brakuje wież odchylonych od pionu. Są nawet w Polsce (w Toruniu i Ząbkowicach Śląskich). Ale to dzwonnica w Pizie stała się ich wzorcem z Sèvres. Żadna inna nie dorównuje jej sławą. O pizańskiej Krzywej Wieży słyszał każdy, wielu chce ją zobaczyć. Część decyduje się wydać kilkadziesiąt euro, by na nią wejść.

I ja do tego grona się zaliczam, choć decyzję podjęłam nie bez wahania, bo taka kwota za kwadrans na Krzywej Wieży podpada pod paragrafy „rozbój w biały dzień”, „skok na kasę” o „paragonach grozy a’la słoneczna Italia” nie wspominając.

Dlaczego więc to zrobiłam? Bo dziesięć lat temu było mi szkoda 10 euro, by zobaczyć Ötziego w Bolzano. Nadal żałuję. Postanowiłam, że drugi raz tego błędu nie popełnię.

Czy wrażenia z wejścia na Krzywą Wieżę w Pizie rekompensują poniesione koszty?

Odpowiedź ma być szczera czy zgodna z italofilską narracją? Bo jeśli to drugie, to tak, owszem. Pod pewnymi względami jest to niezapomniane doświadczenie. Na pewno osobliwe.

Ale znam też wiele lepszych sposobów spożytkowania takiej kwoty. Na przykład dobry obiad. Ale, ale – żeby nie było – nie narzekam. Nikt mi nie przykładał noża do pleców, gdy kupowałam bilet. Byłam w pełni władz umysłowych, działałam dobrowolnie oraz z pełną świadomością, że przepłacam zaopatrując się w wejściówkę wcześniej, by w Pizie nie tracić czasu na kolejki do kasy.

Ale gdyby ode mnie zależała decyzja, to kasowałabym jeszcze więcej za wejście na Krzywą Wieżę w Pizie

Chętnych i tak by nie zabrakło.

Przeprowadźmy eksperyment. Na jednej szali kładziemy roczną sprzedaż biletów na Krzywą Wieżę, a na drugiej liczbę biletów sprzedanych do najpopularniejszej polskiej atrakcji turystycznej, czyli Tatrzańskiego Parku Narodowego.

Na którą stronę waga się przechyli?

W żadną. W obu miejscach co roku schodzi pięć milionów biletów.

Ale przecież tylko część odwiedzających Pizę decyduje się wejść na Krzywą Wieżę. Reszta robi sobie z nią obowiązkowe głupie zdjęcie i rusza dalej, do Florencji czy innych obiektywnie ładniejszych czy ciekawszych miast Toskanii.

Więc tych, którzy już zdecydują się sięgnąć do portfela trzeba wycisnąć do cna. I nie ma się co oburzać. Biznes is biznes. Nie ważne czy zarządzamy bankiem, fabryką czy zabytkiem z listy UNESCO. Inna sprawa, że gdyby wejście na Krzywą Wieżę kosztowało 5 euro (co byłoby adekwatną ceną) biedaczka zostałaby zadeptana przez tłumy.

Ale zaraz, zaraz… Krzywa Wieża już jest zadeptana!

Nie na jedną wieżę w życiu weszłam, ale żadna nie miała tak śliskich schodów z wytartymi w marmurze koleinami. Stopni jest prawie 300, a ostatnie, prowadzące na wierzchołek dzwonnicy, są już tak starte, że wyglądają jakby od średniowiecza zjeżdżano po nich na pupach.

Koleinowa ścieżka raz zbliża się, raz oddala od ściany, utrudniając bezkolizyjnie mijanie się potoków zwiedzających. Podobno co wrażliwszym fiksuje od tego błędnik. Nie potwierdzam. Ale i bez tego wejście na pizańską dzwonnicę jest dziwacznym doświadczeniem. Trochę jak na rozbujanym statku, tylko że nic się tu nie kołysze.

Krzywa Wieża w Pizie jest bardziej krzywa niż sobie wyobrażałam

Trzyma się pionu jak pijany płotu. Podstawa wygląda jakby już się poddała i tylko czeka na pretekst, by runąć. Ale wierzchołek gra na nosie grawitacji. Balansuje na krawędzi. Trzyma w ryzach czternaście tysięcy ton jasnego marmuru ciążącego ku ziemi.

Po niedawnych pracach stabilizacyjnych krzywica Krzywej Wieży w Pizie to „tylko” cztery stopnie. Trzydzieści lat temu ponad pięć.

To cud, że wciąż stoi! Ale na Placu Cudów taki obrót spraw nie wydaje się przypadkiem.

Plac Cudów

Nie wymyśliłam tego. Krzywa Wieża w Pizie stoi na Placu Cudów (Piazza dei Miracoli), znanym także jako Pole Cudów (Campo dei Miracoli). Dziwne, ale nazwa nie ma nic wspólnego z przechyłem naszej bohaterki. Wymyślił ją Gabriel D’Annunzio (to był trochę taki włoski Adam Mickiewicz), którego olśniła uroda nagromadzenia na jednej łące tylu arcydzieł średniowiecznej architektury sakralnej: katedry, wolnostojącego baptysterium, cmentarza campo santo oraz – rzecz jasna – nie trzymającej pionu dzwonnicy.

Nie trzeba być Galileuszem, by zauważyć, że na tle reszty miasta monumentalność Placu Cudów wydaje się cokolwiek przeskalowana. Wyjaśnienie jest proste: średniowieczna Piza była morską potęgą i niezależną republiką. Stać ją było na budowę okazałego kompleksu religijnego. Jednak nie tylko zasobny skarbiec odegrał tu rolę. Równie istotny był prestiż.

A na imię mu było gotyk toskański

W cenie biletu wstępu na Krzywą Wieżę jest także wejście do katedry, ale po dorzuceniu kilka euro więcej można wejść wszędzie na Placu Cudów: na Camposanto, do baptysterium, Muzeów Katedralnego oraz Sinopii. I ja wybrałam właśnie taki bilet.

Z moich obserwacji wynika, że mało kto się na niego decyduje. W obu muzeach można więc odpocząć od ludzkiego mrowia i upału (oraz skorzystać z nieobleganego WC). I przy okazji pooglądać sztukę.

Niepozorne jest Muzeum Sinopii, czyli rewersów fresków. Wstępnych szkiców, które później znikają pod właściwą warstwą malarską. Wyeksponowane w muzeum synopie wcześniej znajdowały się w Camposanto. Odkryto je przypadkiem, w czasie renowacji cmentarza po drugowojennych nalotach. W Muzeum Katedralnym z kolei wystawiono skarby i oryginalne elementy wyposażenia z kościoła. Rzeźby, dekoracje kamieniarskie i snycerskie i tak dalej.

Ale najwięcej przyjemności sprawiło mi Camposanto. Podobnie jak resztę Placu Cudów cmentarz wybudowano w stylu gotyku toskańskiego i nie przypomina on w niczym nekropolii, które znamy. To potężny hala z otoczonym krużgankami dziedzińcem, freskami, epitafiami oraz sarkofagami.

Mało kogo to jednak interesuje, bo masy do Pizy przyjeżdżają, by zrobić sobie fotkę z Krzywą Wieżą. Im głupszą, tym lepiej. Pole Cudów jest turystycznym Disneylandem.

Spędziłam w Pizie dwa dni

To aż nadto, by poznać miasto od turystycznej strony. Jest kompaktowe, można po nim spacerować i tym się głównie zajmowałam. Polerowałam trotuary, zaglądałam do kościołów i szukałam cienia w parkach i krużgankach.

Obejrzałam też naprawdę niezłe wystawy sztuki w Palazzo Blu. Prócz zmieniających się wystaw czasowych galeria ma także stałą ekspozycję kilku prac Artemisii Gentileschi oraz pałacowych wnętrz.

Zastanawiałam się nad wizytą w Museo Nazionale di San Matteo, ale zamiast tego wybrałam się na wycieczkę rowerową do Marina di Pisa – nadmorskiego miasteczka z długą plażą. Z Pizy prowadzi tam szlak Ciclopista del Trammino śladem nieczynnej linii kolejowej. Płaski i gładki jak stół, z licznymi szutrowymi odnogami, zaczyna się blisko dworca kolejowego Pisa Centrale, na którym odbierałam rower. Wycieczkę zarezerwowałam tutaj.

Nocowałam tutaj – doskonały stosunek warunków i klimatu (stara kamienica i antyki; kawa i herbata do oporu; klimatyzacja; pokoje z łazienką lub bez) do ceny i lokalizacji (pięć minut od Krzywej Wieży, kwadrans od dworca kolejowego Pisa Centrale).

Ale i tak uważam, że w Pizie najlepsze jest lotnisko, z którego do centrum idzie się 20 minut!

PRZECZYTAJ TAKŻE MOJE TEKSTY Z FLORENCJI:

Florencja w pigułce dla jednodniowych turystów (gotowa trasa!)

Florencja dla początkujących: ogarnij wyjazd bez wydawania milionów

Florencja jakiej nie znacie: sekretne miejsca i ciekawostki

Muzea we Florencji znane i nieznane. Jak zwiedzać, by nie zwariować (i nie zbankrutować)?

WSZYSTKIE ARTYKUŁY O WŁOSZECH


* Niektóre linki w tekście są afiliacyjne. Ale nie polecam tutaj niczego, co mi się nie podoba!

Dzięki, że czytasz do końca! Przydało się? Udostępnij znajomym! 

Postaw mi wirtualną kawę. Da mi to poczucie, że to, co robię ma sens.
Po więcej pomysłów zajrzyj do spisu treści bloga.
Zostań ze mną na dłużej, aby nie przegapić kolejnych tekstów.
Polub na Instagramie i Facebooku!
Lub zapisz się do newslettera z powiadomieniami o nowych artykułach.


Loading
Sprawdź skrzynkę i kliknij w potwierdzający link.

DZIĘKUJĘ!