Ja już wiem, że zorganizowanie przejścia Głównym Szlakiem Świętokrzyskim to nie fizyka kwantowa, ale wiem też przed pierwszym razem ma się głowę pełną straszków i niepewności.
Zawzięcie studiowałam relacje bardziej doświadczonych w tej materii piechurów. Po czym… ogarnęłam temat po swojemu.
Dlatego…
Proszę ten artykuł potraktować jako inspirator a nie prawdę wyrytą w kamieniu. To zbiór rozwiązań, które sprawdziły się u mnie. I nie muszą u nikogo innego. Ale mogą pomóc w samodzielnej organizacji przejścia Głównego Szlaku Świętokrzyskiego osobom zielonym w temacie wędrówek długodystansowych. Jak do niedawna ja.
| KLIK tutaj, by przeczytać relację z mojego przejścia GSŚ |
Mam taką refleksję, że połowa sukcesu przejścia GSŚ to przemyślana logistyka. A reszta to wypadkowa kondycji i tak zwanych okoliczności przyrody z pogodą na czele. Na to ostatnie rady nie ma. Trzeba brać co wszechświat daje. Ale nad resztą można popracować.
Opowiem, jak zrobiłam to ja. Temat uporządkowałam w formie pytań i odpowiedzi.
Czytajcie i korzystajcie!
Główny Szlak Świętokrzyski – te ogólniki, które trzeba wiedzieć
Najdłuższy szlak w Górach Świętokrzyskich, ale nie wierzcie, że ma długość 105 kilometrów. To może kiedyś. Obecnie to ok. 93 kilometry z Kuźniaków do Gołoszyc (albo na odwrót, jak kto woli, bo policja szlakowa nie pilnuje kierunku) przez Pasma Oblęgorskie, Masłowieckie, Łysogórskie i Jeleniowskie. Szlak od północy omija Kielce, a bliskość miasta sporo ułatwia, o czym za moment.
GSŚ nosi imię Edmunda Massalskiego – pioniera turystyki, który sto lat temu wytyczał pierwsze szlaki w Górach Świętokrzyskich.

Ile dni zajmuje przejście Głównego Szlaku Świętokrzyskiego?
Gospodarz agroturystyki, w której nocowałam uraczył mnie opowieścią jak to zrobił cały GSŚ w 18 godzin, a ja nie wiedziałam, czy w obliczu tych zwierzeń mam mu gratulować czy współczuć (i po co mi w ogóle o tym opowiada?).
Mnie przejście Głównego Szlaku Świętokrzyskiego zajęło cztery dni, ale prawidłowa odpowiedź brzmi: to zależy. Od kondycji, możliwości i oczekiwań. Ja do GSŚ podejście miałam krajoznawcze, nie sportowe. Szlak robiłam dla siebie, by cieszyć się zachwycającymi okolicznościami przyrody, a nie gonić za wynikiem czy cokolwiek sobie udowadniać.
Dlatego cztery dni, które – dla mnie! – okazały się optymalne. Wędrówka zajmowała mi ok. 8-10 godzin dziennie. Nie musiałam wstawać o świcie, nie szczędziłam sobie przerw. Miałam czas na postoje kontemplacyjne, gdy tylko coś mnie zaciekawiło albo zachwyciło.
Kiedy jest najlepszy moment na przejście Głównego Szlaku Świętokrzyskiego?
Nie wiem :). Ale wybrałam wiosnę i niczego nie żałuję.
GSŚ przeszłam w cztery ostatnie dni kwietnia 2025 roku. Termin wybrałam z rozmysłem. Szlak chciałam przejść w okolicach majówki – gdy przyroda jest najpiękniejsza, ale jeszcze nie ma upałów i (przynajmniej w teorii) burz. Ale nie w majówkę, by ominąć tłumy, zamknięte sklepy i problemy z transportem publicznym, którego oferta nawet w dni robocze nie powala.
Jak szykowałam kondycję do przejścia Głównego Szlaku Świętokrzyskiego?
Niech to wybrzmi jeszcze raz: Główny Szlak Świętokrzyski to mój debiut na tak długim dystansie. Do jego przejścia nie szykowałam się jednak jakoś szczególnie, co nie znaczy, że ruszyłam prosto zza biurka. Zdecydowanie nie.
Już wcześniej zdarzało mi się chodzić na dwudniowe wędrówki i miałam z nich jeden wniosek: wyzwaniem nie był dystans, ani przewyższenia, a obciążenie na plecach. Pamiętam, że gdy pierwszy raz wybrałam się w góry z nocowaniem w schronisku, drugiego dnia chciało mi się płakać, bo tak bolały mnie barki. Walczyłam z chętką, by ten przeklęty plecak porzucić w krzakach. Byle by się pozbyć tego brzemienia z pleców. Oczywiście tego nie zrobiłam, ale zepsuło mi to przyjemność wędrówki. Nie chciałam powtórki.
Ponieważ jasne było, że Główny Szlak Świętokrzyski zrobię solo i nie mogę liczyć na pomoc uczynnego tragarza, musiałam sama jakoś zjeść tę żabę. Zaczęłam więc wędrować z obciążeniem.
Dawno temu kupiłam sobie kilka ciężarków do ćwiczeń, z którymi – niespodzianka – nie przećwiczyłam nawet pół minuty. Za to teraz wrzucałam je do plecaka za każdym razem, gdy wybierałam się na jakąś wyrypę. Im bliżej startu, tym większe obciążenie dokładałam i wydłużałam dystanse.
Nienawidziłam tego, barki płakały, ale ta drobna tortura spełniła pokładane w niej oczekiwania. Na Głównym Szlaku Świętokrzyskim ból pleców nie zepsuł mi zabawy.
| Świętokrzyskie (raczej) mniej znane: 12+ miejsc, które mnie zachwyciły! |
Jak radziłam sobie z kryzysami na szlaku?
Łażenie z obciążeniem nauczyło mnie jeszcze jednej rzeczy: zarządzania zmęczeniem.
Wiedziałam, że będą kryzysy, ale już wiedziałam, jak ich unikać. Kluczowe okazały się regularne posiłki i odpoczynki. U mnie co dwie godziny. Posiłki na szlaku staram się bilansować, ale pierwsze skrzypce grają (o zgrozo!) węglowodany, bo potrzebuję energii do marszu. Bułka z bananem to złoto, a chałwa działa jak paliwo rakietowe.
Doświadczenie nauczyły mnie też, że wystarczy pół kieliszka wina, bym kolejnego dnia powłóczyła nogami. Dlatego zero alkoholu.
Ale tak czy siak, potężny kryzys mnie dopadł w połowie czwartego dnia. Bolało wszystko: nogi, plecy, barki, mięśnie. Wtedy nie ma innej rady jak zrobić dłuższą przerwę. Położyć się, przymknąć oko, zdjąć buty, wysuszyć skarpetki. Gdzie się kłaść w lesie? Raz trafił się głaz, innym razem powalony buk. Niezbyt wygodnie, ale spełniło funkcję.
Pamiętaj: u mnie działa, u ciebie nie musi.

Noclegi na Głównym Szlaku Świętokrzyskim
Jak ustaliliśmy – nie przepadam za targaniem zbyt wielu kilogramów, noclegi ustawiłam więc sobie tak, by jak najbardziej oszczędzić sobie tego znoju (przypominam: GSŚ robiłam dla przyjemności).
Trochę z wygody, a trochę lenistwa postanowiłam zrobić użytek z bliskości Kielc i to tam wracać na noc. Analiza map wskazała, że na szlaku nie brakuje miejsc, w których można złapać jakiś transport do/z Kielc. Do wyboru busiki, autobusy miejskie a nawet pociąg. Korzystałam z wszystkich. Jedyne ograniczenie to rozkłady jazdy – trzeba wcześniej sprawdzić i potem pilnować czasówek. Najgorsze są niedziele i święta, ale poza tym dramatu nie ma.
Trzymanie się Kielce miało dla mnie jeszcze jedną zaletę: łatwość zaopatrzenia. Kielce to nieograniczony dostęp do sklepów i restauracji, o które na szlaku wcale nie jest łatwo. Po drodze są dokładnie 3 restauracje (w czego jedna w ąę 5* hotelu), a sklepy wydzielane są kroplomierzem i często trzeba zbaczać ze szlaku, by coś kupić. Ale mnie to ominęło.
Przyjechałam dzień wcześniej i pierwsze trzy noce spędziłam w Kielcach w apartamencie w sąsiedztwie dworców PKP i PKS, z którego też startują autobusy miejskie. W okolicy jest też Biedronka, w której zrobiłam spożywcze zakupy na szlak, a drobiazgi na bieżąco dokupowałam z żabie na rogu.
Ostatnią noc spędziłam w agroturystyce w Hucie Szklanej (czysto, ogród ze wspaniałym widokiem oraz mały aneks kuchenny, minus – ledwie letnia woda pod prysznicem). Huta Szklana to wioska u stóp Łysej Góry obrosła w infrastrukturę turystyczną, ale zwykłego sklepu spożywczego w niej nie zauważyłam, a jedyna restauracja zamyka się o 17.
Główny Szlak Świętokrzyski w cztery dni – podział trasy dzień po dniu
Szłam z Kuźniaków do Gołoszyc. Można też odwrotnie i zdaje mi się, że większość piechurów decyduje się właśnie na wariant ze wschodu na zachód. Ja nie lubię być jak większość :P.
A tak na serio szłam z zachodu, bo tak mi było z różnych powodów wygodniej. Nie musiałam też martwić się o powrót z Gołoszyc, z których oferta transportu publicznego jest bardziej ograniczony niż z Kuźniaków. Powrót zapewniał mi mój drogi mąż. Zgadza się, mam szczęście!
No ale do brzegu. Relację z czterech dni na Głównym Szlaku Świętokrzyskim przeczytasz tutaj, a dokładny podział na dni wygląda tak:
Dzień 1: Kuźniaki do Tumlin-Węgle. Dystans ok. 26 km. Dojazd busem do Kuźniaków (początek szlaku jest przy przystanku). Powrót pociągiem. Do stacji kolejowej Tumlin trzeba podejść jakieś pół kilometra, ale za to podróż trwa 12 minut. Alternatywnie jest też autobus miejski (przystanek Tumlin-Szkoła) i pewnie jakieś busy.
Dzień 2: Tumlin-Węgle do Mąchocice Kapitulne. Dystans ok. 21 km. Dojazd pociągiem, a powrót do Kielc autobusem miejskim linii 10 z przystanku Mąchocice Kapitulne / Łysogórska II (na szlaku).
Dzień 3: Mąchocice Kapitulne do Huta Szklana. Dystans ok. 21 km. Dojazd autobusem nr 10 na ten sam przystanek. Śpię w agro prawie przy szlaku, a prowiant na dwa dni niosę w plecaku. Przez jego ciężar (w duecie z podejściem na Łysicę) to był najbardziej męczący dzień na GSŚ.
Dzień 4: Huta Szklana do Gołoszyce. Dystans ok. 25 km. Z Gołoszyc do Kielc kursują busy, ale jak wspominałam, nie korzystałam z nich.
Czy zainwestowałam w jakiś sprzęt?
Nie.
Do starego plecaka z pasem biodrowym (to ważne – pas odciąża barki!) spakowałam kijaszek trekkingowy (przez większość szlaku niezbyt przydatny), pelerynę (w ogóle się nie przydała), wiatrówkę, sweter (pierwszego dnia było bardzo zimno), czapkę z daszkiem (kolor wzbudzał wielkie nadzieje wśród owadów) i ciuchy, które noszę podczas wędrówek plus coś tam na zmianę w kwaterze.
Jedyne kryterium – waga. Sprawdzałam wagę, a potem pakowałam to, co okazało się lżejsze. Trust me: każdy gram ma znaczenie. Pisząc ten punkt uświadomiłam sobie, że prócz butów trekkingowych, nie mam żadnych specjalistycznych ubrań do wędrówek. I co, da się? Da.
I jeszcze zmieniające wszystko odkrycie: wiecie, że niepotrzebnych rzeczy nie trzeba nosić ze sobą na plecach, tylko odesłać je do domu paczkomatem? Po to też mi były te Kielce :).
* Niektóre linki w tekście są afiliacyjne. Ale nie polecam tutaj niczego, co mi się nie podoba!
Przydało się? Udostępnij znajomym!
Postaw mi wirtualną kawę. Da mi to poczucie, że to, co robię ma sens.
Po więcej pomysłów zajrzyj do spisu treści bloga.
Zostań ze mną na dłużej, aby nie przegapić kolejnych tekstów.
Polub na Instagramie i Facebooku!
Lub zapisz się do newslettera z powiadomieniami o nowych artykułach.
DZIĘKUJĘ!
Podobne artykuły
Cześć!
Nazywam się Zofia Jurczak, a to moja strona poświęcona podróżom
Jestem kulturoznawczynią (UJ), stypendystką Miasta Krakowa. Moje koniki to Kraków (napisałam o nim dwie książki), muzea, miasteczka, dziedzictwo kulturowe i historyczne. Kocham Japonię, uwielbiam wyspy. W podróży napędza mnie ciekawość. Na stronie piszę o tym, co mnie kręci.
Więcej













