Najlepsze książki 2018, co warto przeczytać, dobre książki, co trzeba przeczytać

Dziesięć najlepszych książek (przeczytanych przeze mnie w) 2018 roku plus trzy tytuły z wyróżnieniem specjalnym i jedna z (nie)honorową Wielką Pałą dla książki najgorszej, której lekturę szczerze odradzam (no chyba, że zgrzytanie zębami w czasie czytania jest Ci miłe).

Nawet nie będę się też silić na pozory obiektywizmu. Zostawmy to zawodowym recenzentom i (poważnym) blogerom książkowym. Jam jestem skromna blogerka turystyczna, która kocha czytać i czyta sporo, owocem czego jest ten wykaz książek najlepszych. Wykaz, który opiewa tytuły pierwszorzędne tudzież wyborowe, ale według mego wewnętrznego kompasu.

Więc uprzejmie proszę, nie traktujcie tego wpisu jak rankingu najlepszej literatury, albo nie daj bóg najlepszych książek opublikowanych w 2018 roku (bo takie znajdziecie tu raptem dwie). Ale jako kompas co dobrego, ciekawego i wartościowego złapać do czytania i owszem.

Ale, ale, nim przejdziemy do mięcha, znaczy się literatury…

Garść nikomu do niczego niepotrzebnych statystyk

Ponieważ w głębi duszy jestem księgową i lubię sobie podliczyć słupki.

Czytelniczo rok 2018 okazał się niczego sobie. Na pewno był lepszy niż 2017 (tutaj przeczytasz moje podsumowanie), ale nie obfitował w znów aż tyle literackich olśnień co rok 2016 (którego podsumowanie musiałam podzielić na dwie części: klik oraz klik). Tak czy owak rok 2018 był niezły i wyciągnięcie tych dziesięciu najlepszych tytułów nie przysporzyło mi wielkich trudności.

W 2018 roku (znów!) przeczytałam 69 książek plus trzy rozgrzebane (bo jestem z tych, co lubią czytać kilka naraz).

Ponownie w mych czytelniczych wyborach prym wiedli rodzimi autorzy. Tylko 29 tytułów to były przekłady z obcych języków. Wydawało mi się też, że w 2018 roku przeczytałam dużo prozy, a tu guzik, jednak fakty, fakty i prawie same fakty w ilości 42 książek.

Tylko 22 książki wypożyczyłam z biblioteki. Serio? A ja żyłam w naiwnym przekonaniu, że nic tylko znosiłam i znosiłam kolejne tomy z krakowskich wypożyczalni.

No i wreszcie nadal króluje papier. Na moim chimerycznym czytniku przeczytałam ledwie 8 e-booków.

Królowa może być tylko jedna. Asne Seierstad się nazywa

W moim osobistym czytelniczym rankingu ten rok należał do książki „Dwie siostry” Asne Seierestad. Książki, którą zaczęłam czytać w Norwegii (przeczytaj jak na jeden dzień poleciałam do Norwegii) i która towarzyszyła mi przez kilka kolejnych tygodni. Nie dlatego, że reportaż Seierstad ciężko się czyta (wręcz odwrotnie, od jej książek nie sposób się oderwać). Nie, musiałam sobie „Dwie siostry” po kawałeczku dawkować, bo na to, co opisała Seierstad reagowałam na przemian złością, smutkiem i mdłościami.

„Dwie siostry” w dużym uproszczeniu można by streścić tak: wychowane w Norwegii nastoletnie Somalijki wstępują do ISIS i dają nogę do Syrii. Teoretycznie, aby walczyć w świętej wojnie. W praktyce, aby smażyć naleśniki swym wybrankom serca.

Ale to tylko jeden z wątków książki Seierstad. Wcale nie mniej ważny i interesujący jest ten o radykalizacji muzułmańskiej młodzieży, o studium rozpadu rodziny nawet nie wspominając.

Książka ważna i potrzebna. Nadal nie daje mi spokoju.

(z dokładnie tych samych powodów rekomenduję też „Jednego z nas” – poprzednią książkę Asne Seierstad, o której pisałam tutaj).

Dwie Siostry Asne Seierstad, tł. Iwona Zimnicka, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2018.

A skoro już jesteśmy przy obumierających więzach rodzinnych – Petra Soukupova i „Pod śniegiem”

Wygląda na to, że książki Petry Soukupovej albo się uwielbia albo się ich nie trawi. Ja, rzecz jasna, zasilam szeregi tej pierwszej frakcji, w czym tylko umocniła mnie lektura „Pod śniegiem” – powieści, w której na pierwszy rzut oka nic się nie dzieje, a jednak to nic aż kipi od emocji. I czyta się to w napięciu, które (przynajmniej w moim przypadku) można przyrównać tylko do kryminałów, ale takich top of tops.

Rzecz opowiada o trzech siostrach, które wraz z potomstwem jadą na rodzinną uroczystość. I nie popełnię wielkiego faux pas pisząc, że z grubsza przez dwie trzecie książki tak jadą i jadą, a cała akcja, te mniejsze i większe dramy, rozgrywają się głównie w ich głowach, rzadziej dialogach.

Wnioski z lektury: (parafrazując tytuł filmu Krzysztofa Zanussiego) rodzina to śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową. I myślę sobie, że czytanie „Pod śniegiem” w boże narodzenie (czy przy dowolnej innej rodzinnej okazji) może okazać się doświadczeniem z gatunku hardcorowych.

Nieodmienne muszę wspomnieć o kongenialnym przekładzie Julii Różewicz, wciąż i nadal polecam też wcześniejszą książkę Petry Soukupovej – „Zniknąć” (o której pisałam tutaj) i niecierpliwie wyglądam kolejnej jej powieści, która ma ukazać się już w tym roku (fanfary!).

Pod śniegiem Petra Soukupova, tł. Julia Różewicz, Wydawnictwo Afera, Wrocław 2017.

Kolejna powieść taka, że czapki z głów to „Biedne istoty” Alasdaira Gray’a

A właściwie: „Biedne istoty: sceny z wczesnych lat życia doktora Archibalda McCandlessa inspektora szkockiej służby zdrowia”. Co to za powieść Mili Państwo!

Albowiem „Biedne istoty” mają w sobie (prawie) wszystko to, co w literaturze pięknej kocham najbardziej! To naszpikowany mnogością literackich aluzji przewrotny pastisz powieści wiktoriańskiej i trochę też powieści gotyckiej. Plus fantastyczna kobieca bohaterka (aż chce się zakrzyknąć: takich heroin w literaturze nam trzeba!) plus dowcip i doskonały język.

I pomyśleć, że ta cud-miód powieść od lat leżakowała na regale i pewnie kurzyłaby się dalej gdyby nie wyprawa do Glasgow – miasta jednocześnie odstręczającego i fascynującego, w którym rozgrywa się akcja „Biednych istot”.

Natomiast w tym największy jest ambaras, że „Biedne istoty” to lektura wyborna, ale niemal niedostępna. Książka ukazała się cały jeden raz, w 1997 roku i przeszła bez echa (dlaczego?). Pozostałe powieści Alasdaira Gray’a wydania po polsku się nie doczekały. Szkoda.

Biedne istoty Alasdair Gray, tł. Ewa Horodyska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1997.

Literatura wegańska? „Księga zemsty dla miłośników zwierząt” Patricia Highsmith

Zbiór opowiadań, w którym zwierzęta biorą odwet na ludziach. Za krzywdy rozmaite. I nie, książka Patricii Highsmith w żadnym razie zabawna nie jest, ALE! opowiastkom o zwierzęcej zemście trudno odmówić specyficznego humoru (czarnego jak smoła, rzecz jasna).

Księga zemsty dla miłośników zwierząt Patricia Highsmith, tł. Krzysztof Obłucki, Noir sur Blanc, Warszawa 2008.

O zemście traktuje też kolejna książka – „Czarna” Wojciecha Kuczoka

Wydana w jednej z mych ulubionych serii – „Na F/AKTACH” Wydawnictwa Od Deski do Deski.

Dla przypomnienia „Na F/AKTACH” to prawdziwe zbrodnie opakowane w literaturę, w dodatku każda przez innego autora. Królem serii (przynajmniej w mym osobistym rankingu) jest „Inna dusza” Łukasza Orbitowskiego (pisałam o niej tutaj), ale wicekrólem jest właśnie „Czarna” Wojciecha Kuczoka.

Fabuła jednym zdaniem: prowincjonalny romans z tragicznym finałem. Ale jak to jest napisane! A nawet: JAK TO JEST NAPISANE! I jak to się czyta. Kuczok wielkim stylistą jest, w dodatku (prawie tak) jak Petra Soukupova potrafi zaglądać do głów swych bohaterów. Warto.

Czarna Wojciech Kuczok, Od Deski Do Deski, Warszawa 2017.

A skoro jesteśmy przy ‘Jak to jest napisane’: „Jak przejąć kontrolę nad światem bez wychodzenia z domu” Doroty Masłowskiej

Sama się sobie dziwię, że „Jak przejąć kontrolę nad światem bez wychodzenia z domu” trafiło pod moją strzechę, bo zbiorów felietonów kijem nie tykam, a o nabywaniu za własne $$$ tym bardziej mowy nie ma. Ale to był najwyraźniej jakiś przebłysk geniuszu, bo okazuje się, że nikt tak pięknie nie potrafi pisać o popkulturze jak Dorota Masłowska.

Ba! Jest w tym tak przekonująca, że pod wpływem jednego z tekstów poważnie rozważałam ponowne obejrzenie „Dynastii” (tej starej, prawdziwej, klasycznej, nie tego nowego lisa farbowanego z Netflixa).

Książka sztos. Przeczytałam z bananem na twarzy i pewnie jeszcze nie raz do niej wrócę.

Jak przejąć kontrolę nad światem bez wychodzenia z domu Dorota Masłowska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.

I jeszcze jedna książka z ‘jak’ w tytule: „Jak oni pracują” Agaty Napiórskiej

A to książka, dzięki której zrozumiałam, że w moim miganiu się od pisania nie ma nic nadzwyczajnego, ani dziwnego, ani zdrożnego czy karygodnego. Bo inni – ci znani, bardziej utytułowani, uznani i utalentowani – też tak mają. A niektórzy nawet bardziej. Uff!

Mówiąc krótko i węzłowato „Jak oni pracują” to ponad pięćdziesiąt rozmów z polskimi artystami i pisarzami, o tym jak (niespodzianka!) pracują, a także o twórczych znojach, pasjach i codziennych sprawkach. Słowem Pudelek dla inteligentnych! Niestety nie ja wpadłam na to błyskotliwe porównanie. To Juliusz Kurkiewicz.

I gdybym tak dostawała piątaka za każdym razem, gdy pomyślałam „ja też tak mam!”…

Już zacieram rączki, bo niebawem (zdaje się, że w tym roku, a w każdym razie bardzo na to liczę) ma się ukazać kolejny tom rozmów.

Jak oni pracują Agata Napiórska, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2017

Przechodzimy do części ‘autorzy, których książki można brać w ciemno’. Na początek Cezary Łazarewicz

I jego „Koronkowa robota. Sprawa Gorgonowej”, która wciągnęła mnie tak bardzo, że każdą (dosłownie KAŻDĄ) wolną chwilę poświęcałam na czytanie. Rzecz tym bardziej zdumiewająca, że „Koronkowa robota” to reportaż sądowy poświęcony (najgłośniejszemu?) procesowi dwudziestolecia międzywojennego, o którym zdawać by się mogło, że napisano już wszystko, co do napisania było. A jednak Cezary Łazarewicz udowadnia, że wcale nie.

Niezorientowanym przypomnę, że Ritę Gorgon uznaną winną zamordowania (zaciukania?) dżaganem swojej niedoszłej pasierbicy Lusi Zarembianki. To, co wydarzyło się w Brzuchowicach w noc z 30 na 31 grudnia 1931 to klasyczna zagadka zamkniętego pokoju, na którą Cezary Łazarewicz (jak Herkules Poirot!) po latach rzuca nowe światło.

Ale „Koronkową robotę” czyta się przede wszystkim dla części współczesnej, w której Łazarewicz rekonstruuje dalsze losy Rity Gorgon oraz dociera do obu jej córek!

Fascynująca lektura!

(przy okazji nieśmiało przypomnę, że inny reportaż sądowy Cezarego Łazarewicza też się pojawił na blogu)

Koronkowa robota Cezary Łazarewicz, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018.

Książki Ewy Winnickiej też można brać w ciemno: „Był sobie chłopczyk”

Od czasu „Londyńczyków” jestem wierną fanką książek reporterskich Ewy Winnickiej i prawdę mówiąc trochę zdziwiła mnie tematyczna wolta reportażystki. Albowiem Winnicka w „Był sobie chłopczyk” porzuca temat emigracji (Polaków na zachód, o jednej z książek pisałam tutaj) na rzecz Polski i rasowego true crime.

Była taka sprawa, kilka ładnych lat temu. Martwy kilkulatek w czerwonej kurteczce wyłowiony ze stawu pod Cieszynem. Policji ponad dwa lata zajmie znalezienie odpowiedzi na pytanie kim jest bezimienny chłopiec, skąd się tu wziął oraz – wreszcie – jak to możliwe, że nikt do tej pory nie zgłosił jego zaginięcia?

Książka wstrząsająca. O zbrodni, o Zagłębiu (bo większa część tego dramatu rozegrała się w Będzinie) i trochę też o tym jak łatwo oszukać system.

Był sobie chłopczyk Ewa Winnicka, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017

I coś z zupełnie innej beczki (choć nadal z serii Reportaż Wydawnictwa Czarnego): „Księżyc z Peweksu: o luksusie w PRL” Aleksandry Boćkowskiej

Jako dziecko schyłku PRL-u mam słabość do lektur traktujących o tamtych, słusznie minionych czasach, a „Księżyc z Peweksu” Aleksandry Boćkowskiej to jedna z lepszych książek jakie czytałam (choć pozostawiająca malutki niedosyt).

„Księżyc z Peweksu” to siedem tekstów rozbijających na kawałki znaczenie słówka ‘luksus’ w epoce wiecznych braków. W skrócie było bardziej przaśnie, śmiesznie i na kredyt, niż na bogato, z pompą i wytwornie. Szczytem marzeń były wakacje w hotelu Kasprowy. Albo zakupy w Baltonie.

Zupełnie też co innego luksus znaczył dla przeciętnego Kowalskiego, co innego dla marynarzy (i ich małżonek z osiedla Zegarkowo w Gdyni) i górników (ciekawych skąd tyle przywilejów dla górników odsyłam do rozdziału Luksus specjalnego znaczenia), jeszcze co innego dla wydziedziczonych z majątków ziemian, o elitach władzy ludowej nawet nie wspominając.

Bardzo ciekawa książka. Więcej takich proszę!

Księżyc z Peweksu. O luksusie w PRL Aleksandra Boćkowska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017.

Wyróżnienia specjalne

W tym roku jednoosobowe jury (czyli ja!) postanowiło wyróżnić trzy książki:

>> „Hajstry” Adama Robińskiego (Wydawnictwo Czarne) – za odświeżenie (bliskiego memu sercu) pojęcia ‘krajoznawstwo’. I za inspirację do wycieczki na Pustynię Błędowską (i jak dobrze pójdzie na Łuk Mużakowa w niedalekiej przyszłości)

>> „Petersburg. Miasto snu” Joanny Czeczott (Wydawnictwo Czarne) – za przypomnienie mi jak obłędnym miastem jest Petersburg. Obłędnym pod każdym względem.

>> „Berlin. Miasto z wyobraźni” Rory MacLean (Wydawnictwo Magnum) – Za Berlin Davida Bowiego, Marleny Dietrich, Leni Riefenstahl i Alberta Speera. O książce więcej pisałam tutaj.

(nie)Honorowa Wielka Pała 2018 dla największego czytelniczego rozczarowania

(nie)Honorowe wyróżnienie dla najgorszej książki roku trafia do Jorge Carrióna za „Księgarnie” (Noir Sur Blanc).

Tytuł ten przyznaję awansem, bo choć czytam „Księgarnie” od dobrego kwartału (bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że męczę w bólach okrutnych), to ledwo przekroczyłam połowę i końca nie widać. I wyznaję to ja: miłośniczka książek o książkach oraz księgarń, która podróżuje ich śladem, a potem o nich piszę. Jedno jest pewne, tak jak Jorge Carrióna pisać (a właściwie mącić i bełkotać) o księgarniach na pewno nie będę.

OKROPNOŚĆ!

Ten wpis to odpowiedź na odwieczne pytanie ‘poleć mi coś dobrego do czytania’. No więc proszę, poleciłam. Wróć po więcej dopiero, gdy przeczytasz wszystkie ^^.


Ciekawy wpis? Puść go dalej! 
Nie chcesz przegapić kolejnych? Słusznie!
Dodaj mnie do Feedly albo polub na Instagramie lub Facebooku!
Lub zapisz się na newsletter. Zero spamu, tylko powiadomienia o nowych artykułach! 

A teraz sprawdź skrzynkę i kliknij w potwierdzający link.

DZIĘKUJĘ!

Komentarze